To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe) i Fundacja Alesia Bialackiego.
7 listopada 2026 roku (sobota) o godz. 18:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.
Alaksandr Smalančuk. Urodził się w 1959 roku. Ukończył Uniwersytet Grodzieński. Doktor nauk historycznych, autor 7 monografii i ponad 200 publikacji naukowych. Od 20 lat na emigracji zarobkowej. Wykładał na Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym, Uniwersytecie Warszawskim i w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.
Krótko o tym, co ważne
– Co w młodości oznaczało dla pana „my”?
– Mieszkańców Słonimia i Grodna, lokalną społeczność i białoruski krąg przyjaciół.
– Co w ustroju radzieckim uważał pan za naturalne?
– Wtedy nie było z czym porównywać. Na przykład edukację szkolną i bezpłatną opiekę medyczną traktowano jako coś oczywistego.
– Jakiś ważny epizod, kiedy sprzeciwił się pan opinii większości?
– Wychowawczyni klasy szóstej „B” zmuszała nas po lekcjach do maszerowania w mundurkach pionierskich przy radzieckich pieśniach. Przygotowywała nas do jakiejś uroczystości. Zaprotestowałem – i zostałem wyrzucony. Wracałem do domu, patrzyłem na kolegów w pionierskiej kolumnie i niczego nie żałowałem.
– Kiedy Białoruś stała się dla pana czymś osobistym?
– Najpierw w jednostce wojskowej, gdzie Białorusini, Ukraińcy i Kazachowie tworzyli własne grupy ziomków, rywalizujące ze sobą. Potem pod koniec lat 80. i na początku 90., kiedy pojawiła się możliwość poznania wcześniej zakazanej historii. To właśnie ona uczyniła Białoruś moim krajem.
– Co jest trudniejsze: przestać wierzyć państwu, przestać się go bać czy nauczyć się brać odpowiedzialność za siebie?
– Przestać bać się państwa i wziąć odpowiedzialność za to, co się robi jako naukowiec, to wspaniałe uczucie, bo daje poczucie wewnętrznej wolności. Wtedy czasem wyrastają skrzydła…
– Rok 2020 był wynikiem stopniowych zmian w społeczeństwie czy nagłym wybuchem?
– Dla mnie był wynikiem przemian społecznych, które wyrastały między innymi z tego, co moje i młodsze pokolenia robiły na rzecz białoruskości. Pojawili się ludzie, dla których zamek w Grodnie i wieża w Kamieńcu wraz z ich historią są ważniejsze i bliższe niż moskiewski Kreml czy Pałac Zimowy.
– Czy dziś istnieje białoruskie „my”?
– Myślę, że tak. Choć podzielone na „my” na emigracji i „my” wewnątrz kraju. Na wygnaniu czasem brzmi ono bardziej otwarcie, ale również tam, w ojczyźnie, białoruskie „my” pozostaje żywe i niepokorne.
Aleś Smalanczuk uważa edukację humanistyczną na radzieckich uniwersytetach za naruszenie prawa człowieka do wiedzy. To właśnie tam nauczył się zadawać pytania, na które wykładowcy często nie potrafili odpowiedzieć. Białoruskim historykiem został wbrew otrzymanemu wykształceniu, gdy w drugiej połowie lat 80. odkrył inną, wcześniej zakazaną przeszłość swojego kraju. Potem przyszły poszukiwania archiwalne, badania z zakresu historii mówionej, które pozwoliły dotknąć pamięci Białorusinów o XX wieku, oraz wieloletnia praca nad książką o Romanie Skirmuncie. Ta ostatnia pomogła mu zrozumieć, że białoruskość jest bardzo różnorodna, ale zawsze pozostaje świadomym wyborem jednostki.
Rozmawiamy z Alesiem Smalanczukiem o czasach radzieckich, o pamięci historycznej, której boi się dyktatura, o radzieckim „czerwonym człowieku” w każdym z nas i o roku 2020 jako białoruskiej Rewolucji Godności… A także o gorzkiej prawdzie jego pokolenia, które na początku lat 90. otrzymało szansę na wolną i demokratyczną Białoruś, lecz nie potrafiło jej w pełni wykorzystać.
Większość prowadziła zwyczajne życie, w którym zawsze obecna była dobrze ukryta białoruskość
– Jaką Białoruś znał pan w dzieciństwie? Czy w ogóle istniała w pańskim obrazie świata?
– Urodziłem się w maju 1959 roku. Rodzice mieszkali na Grodzieńszczyźnie, w Kozłowszczyźnie – dawnym miasteczku powiatowym. W tamtych czasach młode matki nie mogły długo zajmować się wychowywaniem małych dzieci, więc zawieziono mnie do Słonimia. To moje pierwsze rodzinne miasto, potem miało nim być Grodno. Moja ówczesna Białoruś to białoruskojęzyczni babcia i dziadek, a także ulica Kosmonautów w Słonimiu, gdzie rozbrzmiewały trzy języki… Mieszkało tam wiele rodzin, które nie wyjechały do Polski.
– Losy pańskich starszych krewnych były trudne?
– Trudne i tragiczne… Niewiele różniły się od życia milionów innych Białorusinów. Babcia Maria jako dziecko doświadczyła bieżeństwa w czasie I wojny światowej, którą rodzina przetrwała gdzieś na wschodzie Ukrainy. Uratowały ich umiejętności stolarskie mojego pradziadka. Podczas okupacji niemieckiej miejscowi „partyzanci” zabili brata babci, bo odmówił pójścia do lasu… Dziadka Aleksandra zabrano do armii radzieckiej latem 1944 roku. Cudem przeżył wojnę: niemal wszyscy jego współmieszkańcy ze wsi zginęli podczas szturmu na Królewiec. Nie zdążyli się nawet nauczyć walczyć… Dziadkowie ze strony ojca zginęli w maju 1943 roku, gdy cała wieś padła ofiarą oprawców z batalionu Dirlewangera. Dzieci i mój tata zdążyli schować się w lesie.
– Pańscy rodzice wychowali się w białoruskojęzycznych rodzinach, a jako pierwsi w historii rodziny przeszli na rosyjski…
– Głównym narzędziem rusyfikacji stało się szkolnictwo wyższe. Mama, Lidia, ukończyła Grodzieński Instytut Pedagogiczny, pracowała jako nauczycielka historii i języka rosyjskiego. Tata, Fiodor, ukończył zaocznie studia na Instytucie Politechnicznym w Mińsku. To właśnie studia były punktem zwrotnym w ich biografii kulturowej.
W rodzinach moich rodziców wszyscy wcześniej pracowali na roli. Ojciec pochodził z Homelszczyzny, gdzie kolektywizacja zagnała wszystkich do kołchozów i przywiązała do ziemi właśnie w roku jego urodzenia. Sukces życiowy utożsamiano z językiem rosyjskim, bo w ojczystym języku nie można było zdobyć wyższego wykształcenia.
Sam studiowałem na wydziale historii Grodzieńskiego Instytutu Pedagogicznego, który na trzecim roku moich studiów, w 1978 roku, przekształcono w uniwersytet. Grodno, podobnie jak cała Zachodnia Białoruś, znajdowało się pod wyjątkowo ścisłą kontrolą partii komunistycznej i władz radzieckich, które bały się wszystkiego, co narodowe. Białoruskości trzymało się dosłownie kilku wykładowców. Wśród nich wyróżniał się Michaś Tkaczou – znany archeolog, a w przyszłości także polityk. Nawet historii ojczystej uczono po rosyjsku.
– A czego właściwie uczono pana w szkole – i czy naprawdę wierzyliście we wszystko?
– Wracając do szkoły, mieliśmy zwyczajny kurs „Historii ZSRR”, w którym pojedyncze tematy poświęcano Białorusi. Nie było żadnej alternatywy, nawet w literaturze pięknej, którą lubiłem czytać. Był podręcznik i nauczyciel, który powtarzał to, co w nim napisano. To wydawało się prawdą absolutną. Szkolna historia nie dawała radości poznawania. Z zainteresowaniem słuchałem chyba tylko o starożytnym Rzymie i Grecji oraz średniowiecznej Europie… Cała reszta była nudną i mętną opowieścią.
Historykiem zostałem wbrew szkolnej i uniwersyteckiej edukacji. To zasługa poszczególnych wykładowców: Wasyla Bandarenki, Feliksa Naliwajki, Ihara Razenfelda, Borysa Kleina, Michasia Tkaczoua. Kontakty z nimi nauczyły mnie krytycznie podchodzić do wykładów i skłaniały do czytania. Zacząłem więc zadawać pytania, na które wykładowcy często nie wiedzieli, co odpowiedzieć, ponieważ poziom intelektualny większości z nich odpowiadał poziomowi zideologizowanych książeczek.
Dziś oceniam radzieckie szkolnictwo wyższe jako naruszenie prawa człowieka – zresztą w ZSRR prawa konstytucyjnego – do edukacji humanistycznej.
– Jak można było zdobywać inną wiedzę o przeszłości poza zalecanymi książkami?
– Studiowałem w latach 1976–1981, kiedy niewielu docierało do alternatywnych czy po prostu dodatkowych informacji, bo dostęp do nich był bardzo trudny. „Innomyślenie” było prześladowane. Od czasu do czasu słuchaliśmy Radia Swaboda, ale nie przypominam sobie dziś żadnych specjalnych audycji historycznych nawet na jego falach.
Jednocześnie dojrzewał wewnętrzny protest przeciw temu, co działo się na uniwersytecie, który moi znajomi nazywali „uniwersytutem”. Pewnego razu na seminarium poświęconym początkowi II wojny światowej jeden z naszych kolegów powiedział: podczas gdy polska armia bohatersko broniła swojej ziemi przed niemieckimi najeźdźcami, Armia Czerwona zadała zdradziecki cios w plecy. Miał na myśli wydarzenia 17 września 1939 roku. Wybuchł potworny skandal, który ostatecznie sami wykładowcy zatuszowali z obawy przed rozgłosem.
– Gdyby jako historyk przeprowadził pan wywiad z samym sobą w wieku 18 lat, co znalazłby pan w tym radzieckim chłopaku?
– Radzieckość unosiła się w powietrzu, ale w czasach późnego Breżniewa utraciła już dawną agresywność. Poza tym w moim życiu istniała inna rzeczywistość. Na przykład babcia i dziadek w Słonimiu, prowadzący wiejski tryb życia przy „ul. Kosmonautów”… Nawet w tamtych radzieckich czasach człowiek nie żył wyłącznie w ideologicznym paradygmacie szkoły i telewizora. Było życie towarzyskie ulicy, byli rodzice i sąsiedzi, którzy czasem wspominali przeszłość i mówili rzeczy sprzeczne z podręcznikami. Co prawda rzadko: Białorusini nauczyli się kontrolować własną pamięć.
Radzieckość dominowała, ale już w szkole miałem silne wewnętrzne poczucie fałszu i niesprawiedliwości, nie akceptowałem wielu życiowych norm. Do Komsomołu wstąpiłem miesiąc przed ukończeniem szkoły pod groźbą, że nie przyjmą mnie na studia. A przecież nie miałem żadnych nauczycieli-dysydentów, którzy wkładaliby mi do głowy inne idee. To poczucie obcości rodziło się samo. Stopniowo.
Historii represji stalinowskich nie uczono. A jeśli już pojawiał się temat, wykładowca stwierdzał: winni zostali ukarani, niewinnych zrehabilitowano – nie ma o czym rozmawiać!
Studenci, którzy „wymądrzali się”, na wszystkich uczelniach – także na naszym wydziale historii w Grodnie – byli pod szczególną obserwacją. Nie lubiano takich osób, choć na każdym normalnym uniwersytecie byłyby dumą uczelni. Edukacja powinna uczyć myślenia i rozwijać krytyczne, samodzielne rozumowanie, a nie tylko wymagać: słuchaj i powtarzaj. Kiedyś nawet usłyszałem: jesteś inteligentnym studentem, ale coś z tobą nie tak.
– A co było w głowach ówczesnego studenckiego „my”? Jak sami tłumaczyliście sobie, dlaczego wokół dzieje się coś złego?
– Wielu myślało w ramach „paradygmatu leninowskiego”. Jakoby Włodzimierz Iljicz był dobry, ale jego następcy źli i zepsuli „sprawiedliwy leninizm”. Tak przejawiała się nasza ówczesna radzieckość. Chcieliśmy zmian, ale wyobrażaliśmy je sobie jako powrót do jakichś „właściwych norm”, choć to właśnie przywódca był głównym twórcą dyktatury proletariatu i ideowym inspiratorem masowych represji, które zaczęły się jeszcze przed Stalinem.
Mieliśmy specjalny kurs „Krytyka burżuazyjnych falsyfikacji historii”, z którego mogliśmy się czegoś dowiedzieć o alternatywnych spojrzeniach na historię Białorusi i ZSRR, ale były to informacje bardzo specyficzne. Nie mieliśmy dostępu do źródeł pierwotnych. Kiedy pewnego razu poszedłem do Grodzieńskiego Archiwum Obwodowego, żeby dowiedzieć się o działalności partyzantów rejonu słonimskiego, nie wpuszczono mnie. Potrzebne było specjalne zezwolenie wydawane przez KGB. Bardzo poruszyła mnie ta tajność dotycząca „mścicieli ludu”.
Obawiam się, że dziś to samo można powiedzieć o współczesnych wydziałach humanistycznych. Jeśli oceniać według europejskich kryteriów, w kraju nie ma ani jednego prawdziwego uniwersytetu. Istnieje szkolnictwo wyższe jako system, ale nie ma uniwersytetów… Dla systemu radzieckiego czy postsowieckiego są niebezpieczne.
– Czy w codziennym życiu ludzie odczuwali różnicę między Białorusią a Związkiem Radzieckim? Czy było to jedno i to samo?
– Wszyscy pochodziliśmy z ZSRR… Wśród studentów, poza typowymi homo sovieticus, byli też tacy, którzy orientowali się na Rosję i jej bohaterów. Brakowało nam własnych bohaterów historycznych. W pamięci funkcjonował chyba tylko Kalinowski – i to nie tyle dzięki pracy naukowców, ile dzięki znanej powieści Uładzimira Karatkiewicza.
Mimo wszystko większość prowadziła zwyczajne życie radzieckie, ale i białoruskie – niepubliczne, nieafiszowane. Chodzi o dobrze ukrytą białoruskość. Kiedy jako studenci jeździliśmy na wycieczki do Leningradu czy krajów bałtyckich, bardzo wyraźnie odczuwaliśmy swoją odmienność i zaczynaliśmy rozumieć przynależność do własnej kultury i tradycji.
Pytam: „Kiedy żyło się pani lepiej: teraz czy wcześniej, za Sowietów?”. A kobieta nie rozumie: „Teraz – to znaczy kiedy?”. Choć BSRR nie istnieje już od dziesięciu lat
– Kiedy zaczęła rozpadać się wiara w radziecką wersję życia? Co skłoniło pana do jej przewartościowania?
– Po pierwsze, ogromną rolę odegrała gorbaczowowska pierestrojka. Zaczęły się pojawiać informacje o tragicznych kartach historii, za które odpowiedzialność ponosił nie Stalin czy Chruszczow, lecz cały komunistyczny system władzy. Publikacje w gazetach i czasopismach zmuszały do przemyślenia nie tylko własnej przeszłości, ale także współczesnego życia.
Po drugie – katastrofa czarnobylska. Zadała ona potężny cios wierze w system radziecki. Nawet nie sama awaria, lecz sposób, w jaki władze ukrywały prawdę i oszukiwały ludzi.
Po trzecie – wojna w Afganistanie. Wielu, w tym ja i moi koledzy ze studiów, zadawało sobie wtedy pytania: po co ta wojna? Za co giną chłopcy?
Na mieszkańców Grodzieńszczyzny silnie wpłynęły także wydarzenia w Polsce. Mam na myśli wybuch polskiej „Solidarności” jako robotniczego ruchu antykomunistycznego. Grodzieńska wieża telewizyjna odbierała dwa polskie programy. Na własne oczy widzieliśmy, co dzieje się u sąsiadów z „obozu socjalistycznego”. Pamiętam reportaż z podpisania porozumienia między opozycją a władzą. Lech Wałęsa składał podpis wielkim długopisem z wizerunkiem papieża Jana Pawła II.
– Pamięta pan własną drogę ku białoruskości?
– Zaczęła się już w Słonimiu: od babci i dziadka, od brzegów Kanału Ogińskiego, nad którym mieszkałem, od XVI-wiecznego kościoła św. Andrzeja obok mojej szkoły. Potem szczególną rolę odegrały takie książki jak „Pamięć o legendach” Kastusia Tarasaua, prace Mikoły Jermalowicza i Mikoły Ułaszczyka.
Zacząłem pracować w szkole w czasie, gdy radzieckie podręczniki traciły autorytet, a nauczyciele zyskali rzadką możliwość nauczania zgodnie z własnym rozumieniem i inspiracją. Historia Białorusi po raz pierwszy stała się osobnym przedmiotem i mogłem planować zajęcia, opowiadać dzieciom o przeszłości kraju tak, jak sam ją widziałem i rozumiałem.
Wielką rolę odegrały również zmiany w środowisku grodzieńskiej inteligencji. Powstał klub historyczno-kulturalny „Pochodnia”, z wykładami przyjeżdżał do nas Mikoła Jermalowicz… Dostępne stały się dzieła wcześniej przechowywane w zbiorach zastrzeżonych, na przykład „Krótka historia Białorusi” Wacłaua Łastouskiego.
Kiedy latem 1990 roku przygotowywałem się do egzaminów na aspiranturę w Instytucie Historii Narodowej Akademii Nauk, dużo czytałem i w nowy sposób przemyśliwałem prace Mikoły Ułaszczyka. Do nauki trafiłem dość późno, w wieku trzydziestu lat. Gdyby nie przemiany społeczne i polityczne, nigdy bym się na to nie odważył. Nie chciałem być radzieckim historykiem… Zmiany dawały szansę na inne rozumienie przeszłości. Był to czas poszukiwania i odkrywania Białorusi, przywracania pamięci historycznej.
– Pamięta pan własne odczucia związane z ogłoszeniem niepodległości?
– Przemiany robiły wrażenie… Pamiętam radość, gdy Białoruś odwiedził prezydent Finlandii. Zdaje się, że była to jedna z pierwszych wizyt na tak wysokim szczeblu politycznym. Cieszyłem się: uznają nas! Nie miałem jednak poczucia, że staliśmy się naprawdę niepodlegli. W życiu Grodna nie było widać zmian. Rządzili ci sami szefowie…
Pod koniec lat 90. podczas jednej z wypraw badawczych z zakresu historii mówionej zapytałem kobietę na wsi:
– Kiedy żyło się pani lepiej? Za Sowietów czy teraz?
Kobieta przestraszyła się:
– A teraz – to znaczy kiedy?!
W swoim odczuciu żyła „za Sowietów” i nadal tak żyła.
Naprawdę niepodległą Białoruś opisał w swoim słynnym eseju Uładzimir Arłou. Ale ani ja, ani inni mieszkańcy takiej Białorusi nie znaliśmy. Ówczesną niepodległość najmocniej odczuwałem w tym, że zaczęliśmy badać i pisać historię własnego narodu i kraju…
– Skoro nawet pan tego nie widział, to tym bardziej zwykli ludzie?
– Od razu skupili się na „zajączkach” [ówczesnych białoruskich banknotach], potem na nowych rublach. Dominowały warunki materialne i codzienne problemy. Nawet w białoruskim środowisku intelektualnym, w którym obracałem się po rozpoczęciu zaocznej aspirantury, nie odczuwało się euforii w rodzaju: „Teraz możemy budować nową wolną Białoruś!”. Utrzymywało się silne przywiązanie do Moskwy i Rosji. Nawet po podpisaniu porozumień białowieskich w Wiskulach ówczesna polityka nie przekonywała, że jesteśmy naprawdę wolni i niepodlegli. Przynajmniej ja miałem pewne wątpliwości.
– Grodno graniczy z Litwą. Co widział pan, porównując życie po obu stronach granicy?
– Na początku lat 90. pisałem pracę kandydacką o białoruskich Polakach w rewolucji lat 1905–1907 i dość często przyjeżdżałem na długo do archiwów i bibliotek Wilna. Mieszkałem w wynajmowanych mieszkaniach i bezpośrednio widziałem, odczuwałem problemy gospodarcze Litwy. Życie gwałtownie podrożało, nie działało ogrzewanie… Dzięki Bogu zimy były cieplejsze niż w moim dzieciństwie. Litwinom było ciężko, ale większość rozumiała wartość wolności i żyła w przekonaniu, że „my, Litwini, mamy własną historię i musimy mieć własne niepodległe państwo”.
Życie kulturalne dosłownie tam zawrzało. Państwo aktywnie wspierało rozwój języka, literatury, sztuki i nauki historycznej. Moi koledzy zaczęli żyć i pracować zupełnie inaczej. Czuli wsparcie rządu i szerokie zainteresowanie społeczne swoimi badaniami. A na Białorusi nic podobnego: po wyborze Alaksandra Łukaszenki na prezydenta historycy stanęli przed wyborem: albo służyć nowej władzy, która demonstracyjnie próbowała przywrócić na Białorusi normy radzieckiej rzeczywistości, albo stopniowo tracić miejsca pracy i stawać się niezależnymi badaczami.
– Zgodnie z nowymi paszportami zostaliśmy obywatelami Republiki Białorusi, ale w rzeczywistości nie uzyskaliśmy samodzielnego państwa?
– Całkowicie się zgadzam. Niewielka grupa deputowanych opozycyjnych Rady Najwyższej XII kadencji faktycznie zmusiła białorusko-radziecki parlament do przyjęcia odpowiednich ustaw i zatwierdzenia historycznych symboli państwowych. Ten sukces wymagał ogromnego wysiłku.
A jeśli mówić o zmianach władz lokalnych, to na przykład grodzieńska nomenklatura praktycznie się nie zmieniła. Pojawił się chyba tylko Alaksandr Milinkiewicz jako zastępca przewodniczącego miejskiego komitetu wykonawczego. Jego działalność przyczyniła się do odrodzenia historii i kultury Grodna oraz regionu. Jego życzliwość i inteligencja mogły stać się wizytówką przemian w Grodnie, ale nie…
– Dziś można usłyszeć, że określenie „deputowani niepodległości” to przesada. Podobno Związek Radziecki i tak się rozpadał i prędzej czy później uzyskalibyśmy niepodległość. Nie zgadza się pan?
– Uważam ten termin za całkowicie sprawiedliwy. Około trzydziestu deputowanych wkładało kolosalny wysiłek w walkę z nomenklaturą partyjną o „Pogoń” i biało-czerwono-białą flagę.
Oczywiście Związek Radziecki się rozsypał i niepodległość zapewne ogłosiliby nawet komuniści. Ale pytanie brzmi: w jakiej formie? Wszystko mogło potoczyć się według zupełnie innego scenariusza. Bardzo możliwe, że zamiast Republiki Białorusi mielibyśmy dziś jakiś Kraj Północno-Zachodni Federacji Rosyjskiej. Dzięki opozycji na początku lat 90. nastąpił silny impuls w kierunku samostanowienia narodowego i państwa narodowego, którego późniejsze przemiany polityczne nie zdołały przekreślić. Ten impuls odczuwa się nawet dziś. Dla mnie ta grupa całkowicie zasłużenie nosi miano „deputowanych niepodległości”.
Historyk przypomina bajkowego ludożercę – tam, gdzie pachnie ludzkim mięsem, czeka na niego zdobycz
– Kiedy człowiek w historii stał się dla pana ważniejszy niż „wielkie” procesy społeczne i polityczne?
– Bardzo silny wpływ wywarła na mnie książka francuskiego historyka Marca Blocha „Pochwała historii, czyli o zawodzie historyka”. To klasyczna praca przedstawiciela szkoły historycznej „Annales”. Francuski badacz porównał historyka do bajkowego ludożercy, który szuka zdobyczy tam, gdzie „pachnie ludzkim mięsem”.
Przeszłość, którą wcześniej badałem, była całkowicie bezosobowa. Jeśli pojawiały się w niej postacie, służyły zazwyczaj jako ilustracja charakterystyki określonego środowiska społecznego albo procesów społeczno-gospodarczych. W ówczesnej historiografii nie było miejsca dla człowieka jako odrębnej jednostki, z jego własnym światopoglądem. Właśnie dlatego była taka nieciekawa.
W swoich badaniach coraz bardziej przekonywałem się, że historia może przemawiać poprzez życie i działalność konkretnej osoby – i taki wymiar przeszłości czyni naukę bliższą i ciekawszą. Przez ludzkie losy lepiej rozumiemy zarówno same procesy, jak i wybory ludzi w określonych okolicznościach. Daje to nadzieję, że przynajmniej niektóre lekcje przeszłości zostaną przyswojone i społeczeństwo przestanie powtarzać te same błędy.
Punktem zwrotnym była dla mnie praca nad biografią białoruskiego polityka Romana Skirmunta (1868–1939) oraz badania nad fenomenem krajowców. Ci ostatni należeli przede wszystkim do społeczności Polaków Kraju Białorusko-Litewskiego i występowali w interesie wszystkich jego narodów w chwili, gdy epoka nacjonalizmów groziła bardzo poważnymi konfliktami.
– Czy dobrze rozumiem, że drugim ważnym czynnikiem pańskiej przemiany zawodowej stała się historia mówiona?
– Jej podstawową metodę opracowali socjologowie, mam na myśli wywiad. Historia mówiona to rozmowy ze świadkami przeszłości, utrwalanie pamięci indywidualnej i badanie pamięci zbiorowej. Moje pierwsze tematy były związane z II wojną światową, życiem na tak zwanej granicy ryskiej, która w 1921 roku przecięła ziemie białoruskie, z powojenną kolektywizacją na Zachodniej Białorusi, a także z Romanem Skirmuntem. Wspomnienia o nim nagrywaliśmy w jego rodzinnej wsi Porzecze w rejonie pińskim i w okolicznych wsiach.
Historia mówiona jest cenna nie tyle ze względu na dokładność faktów, bo ludzka pamięć często się myli, ile dlatego, że przekazuje osobisty stosunek ludzi do wydarzeń. W licznych opowieściach autobiograficznych – to podstawowa metoda moich badań – ta sama II wojna światowa zabrzmiała zupełnie inaczej. Bez żadnego patosu: po prostu ludzki ból i tragedia. Tragedia narodu nie miała charakteru „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej narodu radzieckiego”…
Te kwestie stały się moim drogowskazem i przyczyniły się do powstania prac, w których człowiek zajmuje należne mu miejsce.
– Kiedy Piotrek czy Janina wspominają to, co było pół wieku temu, opowiadają o przeszłości czy o sobie współczesnych w tamtym odległym czasie?
– Nie trzeba chyba mówić, jak złożonym zjawiskiem jest pamięć, w której przeszłość zawsze splata się z teraźniejszością. Wspomnienia świadka historii przechodzą przez filtr jego własnego doświadczenia życiowego. Na rozmowę wpływa także to, kto przeprowadza wywiad i jak formułuje pytania… Ale gdy ma się setki rozmów, zaczyna się wyłaniać wspólny obraz pokolenia, które przeżyło tragiczny białoruski XX wiek.
W opowieściach autobiograficznych nie ma wielkich kategorii ideologicznych czy politycznych. W centrum rozmowy znajduje się człowiek, jego sukcesy i porażki, osobiste przeżycia.
Oczywiście takie spojrzenie jest subiektywne. Ale od historii w ogóle nie należy oczekiwać jakiejś obiektywności. Tworzą ją i opisują ludzie. Także oficjalne dokumenty, które czasem uważa się za podstawową bazę źródłową badań, są tworzone przez ludzi, którzy zazwyczaj nie znają całej prawdy. A czasem świadomie ją ukrywają, ponieważ każdy taki dokument ma konkretnego adresata, od czego może zależeć życie autora świadectwa.
W badaniu historii postać człowieka – zarówno jako podmiotu, jak i przedmiotu badań – musi być centralna.
Nawiasem mówiąc, dominującym tematem autobiografii pokolenia naszych dziadków i babć pozostawała miniona wojna. Spośród wszystkich późniejszych wydarzeń chyba tylko rozpad Związku Radzieckiego zajmował równie ważne miejsce.
– Czy pamięć ludowa pokrywała się z oficjalnymi ramami ideologicznymi?
– Wspomnienia ustne mają niewiele wspólnego z podręcznikami radzieckimi i współczesnymi. Według świadków w tragedii Białorusi nie brakowało elementów wojny domowej. Bardzo uderzało także to, że nie pojawiał się temat zwycięstwa. Nadejście Sowietów zakończyło wojnę z hitlerowskimi Niemcami, ale nie przyniosło miejscowym prawdziwego pokoju. Władza zaczęła ustanawiać własne porządki i wyszukiwać kolejnych „wrogów ludu”.
Wśród setek rozmówców nie pamiętam nikogo, kto w swojej pamięci w szczególny sposób wyróżniałby dzień 9 maja 1945 roku.
Według nich wojna była nieprzerwaną tragedią, w której nawet niemieccy żołnierze czasem jawili się jako ofiary i zakładnicy okoliczności. Ludzie nie czuli wobec nich nienawiści. To całkowicie przeczy propagandzie przepełnionej heroizmem i hasłami „Powtórzymy!” czy „Dojdziemy do Berlina!”. Ci, którzy przeżyli ten straszny czas, żyją z głębokim przekonaniem, że przemoc zbrojna jest złem, które nigdy i nigdzie nie może być sposobem rozwiązywania problemów. We wszystkich rozmowach obecne było silne nastawienie antywojenne.
Na Grodzieńszczyźnie istniał także krytyczny stosunek do partyzantów, których mieszkańcy wsi czasem bali się nie mniej niż hitlerowców. Nie brakowało ciężkich i tragicznych wspomnień. Za takie wspomnienia można dziś na Białorusi zapewne odpowiadać karnie.
Właśnie podczas tych rozmów zrozumiałem ironiczny sens określenia „republika partyzancka”. Kiedy zapytałem o to pojęcie, okazało się, że narodziło się po wojnie, kiedy byli dowódcy i komisarze objęli kierownicze stanowiska w kraju, zostali przełożonymi. Dlatego właśnie…
– A jak zapamiętano rozpad ZSRR?
– Wydarzenie to zbiegło się z gwałtownym pogorszeniem sytuacji materialnej, utratą wartości oszczędności bankowych i pustymi półkami w sklepach. Dlatego dla starszego pokolenia koniec znanego państwa wyglądał raczej na kolejne nieszczęście. Radziecką nostalgię skutecznie podsycała propaganda ekipy „wczesnego Łukaszenki”, który obiecywał odrodzenie „niezłomnego związku”. Znajdowało to zrozumienie u wielu moich starszych respondentów.
Droga konfrontacji i wzajemnego ostracyzmu według zasady „ja jestem dobrym Białorusinem, a ty złym” prowadzi donikąd
– Szczególne miejsce w pańskiej biografii naukowej zajmuje Roman Skirmunt. Dlaczego właśnie on?
– Wszystko zaczęło się od pracy kandydackiej, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego postacią. Zdumiewała jego biografia polityczna. Na początku XX wieku Skirmunt był deputowanym rosyjskiej Dumy Państwowej, później stał się jednym z przywódców i premierem Białoruskiej Republiki Ludowej, a w okresie międzywojennym został wybrany senatorem w Polsce. W naszej historii nie ma innej osoby z tak różnorodną i bogatą biografią polityczną. Chciałem zrozumieć, co leżało u podstaw jego wyborów. Czy towarzyszyły im zasadnicze zmiany samoświadomości?
Odpowiedzi początkowo tradycyjnie szukałem w archiwach Białorusi, Litwy, Polski i Rosji. Ale pewnego razu nagle zdałem sobie sprawę, że mogę pojechać do wsi Porzecze, gdzie mieszkał i został zabity, i porozmawiać z ludźmi, którzy mogli coś pamiętać.
Jak zwykle korzystałem z metody narracji autobiograficznej. Nie zadawałem pytań o Skirmunta, lecz prosiłem mieszkańców Porzecza i okolicznych wsi, by opowiedzieli o swoim życiu. Szybko odkryłem, że Roman Skirmunt jest nieodłączną częścią wszystkich wspomnień autobiograficznych w tym zakątku Polesia. Opowiadali o nim nawet ci, którzy nie znali go osobiście i urodzili się znacznie później. Jego duch dosłownie unosił się nad okolicą. Dla moich rozmówców wspomnienia o „dobrym panu” i jego tragicznej śmierci stały się częścią własnego życia. Tymczasem literatura radziecka przedstawiała go jako okrutnego wyzyskiwacza.
Jako historyk bardzo chciałem przywrócić godnego człowieka białoruskiej pamięci historycznej. Dokumentów musiałem szukać w archiwach ośmiu krajów. Pracy archiwalnej towarzyszyły wyprawy z zakresu historii mówionej, dotyczące już nie tylko głównego bohatera, ale także innych Skirmuntów z białoruskiego Polesia. Książka „Roman Skirmunt (1868–1939): biografia obywatela Kraju” ukazała się w wydawnictwie Źmiciera Kołasa w 2018 roku. To rezultat prawie dwudziestoletnich badań. Rozmyślając nad tą pracą, mogę wyznać, że gdy pisałem książkę o Romanie Skirmuncie, jego postać kształtowała mnie jako historyka…
– Jak rozumie pan samookreślenie „Białorusin kultury polskiej”?
– Przynależność narodowa to przede wszystkim osobisty wybór. Rodzina Skirmuntów była polskojęzyczna, a okolica mówiła gwarą poleską. Romanowi, kiedy zaczął publicznie przemawiać po białorusku, nie było łatwo, często wplatał poleskie formy. W latach 1917–1918 białoruskość stała się jego świadomym wyborem. I nie tylko jego! Powstała wtedy dość wpływowa grupa przedstawicieli arystokracji i zamożnej szlachty, którzy wybrali Białoruś.
– Wymieńmy kilka nazwisk?
– Antoni Radziwiłł i Hieronim Drucki-Lubecki, księżna Maria Magdalena Radziwiłł, Edward Woyniłłowicz… Socjaliści krytykowali Skirmunta, twierdząc, że chce stworzyć partię wielkich „obszarników”. Jednak dla tych ludzi Białoruś stała się świadomym wyborem politycznym. Mogło ich być więcej, lecz w ruchu dominowali socjaliści, a rewolucja w Imperium Rosyjskim zmierzała ku szybkiej radykalizacji nastrojów niższych warstw społecznych, które po raz pierwszy poczuły się podmiotem politycznym. Czasem myślę: gdyby w latach 1917–1918 powstał sojusz polityczny zamożnej i wpływowej elity z socjalistami, gdyby bracia Łuckiewiczowie i Łastouski, Waronka i Żyłunowicz zgodzili się na to, Białoruska Republika Ludowa miałaby znacznie większe szanse na niepodległość.
– Co historia tych badań zmieniła w pańskim rozumieniu białoruskiego „my”?
– Dla mnie jest to przykład bardzo szerokiej, inkluzywnej białoruskości, która nie ogranicza się do kryterium językowego: mówisz po białorusku – jesteś Białorusinem; nie mówisz – nie jesteś. Sam Skirmunt na co dzień posługiwał się językiem polskim i miejscową gwarą poleską, ale w decydujących momentach czuł się Białorusinem i pracował dla Białorusi. To także rozumienie narodu jako kategorii politycznej czy obywatelskiej, zdolnej jednoczyć mieszkańców kraju wielowyznaniowego i wielokulturowego.
Mój bohater krytycznie odnosił się do programu socjalistycznego, ale zawsze szukał kompromisu i był gotów do sojuszu ze wszystkimi siłami politycznymi. Rozumiał, że droga konfrontacji i wzajemnego ostracyzmu według zasady „ja jestem dobrym Białorusinem, a ty złym” prowadzi donikąd. Ludzie są różni i trzeba akceptować różne postacie białoruskości. Nie sądzę, byśmy pod względem językowym kiedykolwiek stali się podobni do Litwinów czy Polaków. Mamy większe szanse na samodzielność i niepodległość jako kraj zróżnicowany kulturowo i wyznaniowo.
– Na czym może opierać się białoruska jedność poza językiem i pochodzeniem?
– Na wspólnej odpowiedzialności za cały kraj, na patriotyzmie krajowym. Narodu białoruskiego nie da się budować wyłącznie na zasadzie językowej. Zbyt wiele straciliśmy. Straty te są widoczne także dziś, kiedy wielu emigrantów nawet po rozpoczęciu rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie nadal posługuje się „wielkim i potężnym” [językiem rosyjskim]. Nie jestem zwolennikiem wojen językowych w społeczeństwie, ostracyzmu wobec Białorusinów mówiących „na języku” [po rosyjsku]. Trzeba jednak w końcu uświadomić sobie ogromne znaczenie naszego języka, który powinien być ważnym elementem patriotyzmu krajowego.
– Krajowość to tylko historyczna egzotyka czy wciąż żywa idea?
– W swojej pierwotnej postaci nie ma przyszłości. Trudno dziś wyobrazić sobie zjednoczenie ziem i narodów w granicach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak idea ta może przejawiać się w dobrosąsiedzkich stosunkach z Litwą, a także z Polską, bo narodziła się właśnie wśród litewskich i białoruskich Polaków, którzy uważali takie partnerstwo za gwarancję niezależności od Rosji.
Dziś krajowość to przede wszystkim idea tolerancji i akceptacji inności. Dla jej zwolenników nie było tak ważne, jakim językiem mówisz czy do jakiej klasy społecznej należysz. Krajowca wyróżniało to, że był patriotą swojego Kraju Białorusko-Litewskiego. Patriotyzm traktowano jako polityczny fundament narodu.
– Badał pan zabójstwo Skirmunta. Co sprawia, że zwykły człowiek nagle staje się uczestnikiem zbrodni?
– Gdy 17 września 1939 roku nadeszła Armia Czerwona, rozpoczęła się likwidacja „elementów obcych klasowo”. W pewnym momencie struktury radzieckie i NKWD postanowiły nie brudzić sobie rąk, lecz niszczyć „wrogów ludu” rękami samych Białorusinów. Niech strzelają miejscowi, a my potem nazwiemy to „rewolucją”.
Pomocnicy się znaleźli. Okazało się, że wielu ludziom do tego, by stać się zabójcami i przestępcami, wystarczy pozwolenie władzy… Jesienią 1939 roku obróciło się to w straszną tragedię mieszkańców Zachodniej Białorusi. To właśnie wtedy weszli oni w II wojnę światową. Opisując zabójstwo Romana Skirmunta i innych Skirmuntów w Porzeczu i Mołodowie, miałem poczucie, że zabójcy tak naprawdę mierzyli w przyszłość własnego narodu.
Zwykły człowiek, który nigdy nie przejawiał agresji, otrzymywał karabin i pozwolenie na przemoc – i nagle uznawał, że ma prawo decydować o losie innych. Poczucie bezkarności może uczynić zabójców zarówno z Białorusinów, jak i z Niemców czy kogokolwiek innego. Bardzo trafnie pisał o tym Aleś Adamowicz w swojej książce o oprawcach. Ta cienka warstwa kultury, którą ludzkość tworzyła przez stulecia, znika w jednej chwili i zamiast Człowieka pojawia się potwór z bronią w ręku. Dziś obserwujemy to samo w działaniach rosyjskich żołnierzy w Ukrainie…
– A czy czas to leczy? Czy są rzeczy, których społeczność nie wybacza nawet po dziesięcioleciach?
– Podczas wywiadów prowadzonych w czasie moich wypraw często spotykałem się z tym, że ludzie mogli usprawiedliwić lub wybaczyć zbrodnie na przykład Niemcom czy innym obcym, którzy przyszli wraz z okupantami. Ale trudno wybaczyć krewnemu albo sąsiadowi, który w jakimś 1943 roku zabił brata czy ojca, bo ten nie chciał iść do partyzantki… Nie chodzi o fizyczną rozprawę. Winny po prostu przestawał istnieć dla społeczności, stawał się żywym trupem. Nawiasem mówiąc, to samo spotkało na przykład Sylwestra Łukaszyka, który zabił Romana Skirmunta. Wieś nie wybaczyła…
Są też historie rozkułaczonych i wywiezionych na Syberię, którzy wracali z zesłania, ale nie wytrzymywali atmosfery we wsi – i wyjeżdżali z powrotem. Wracali przecież w rodzinne Poniewieże czy na Polesie z nadzieją, że odzyskają ziemię i dom, spotkają się ze współczuciem dawnych sąsiadów i krewnych, ale nikt niczego im nie oddawał. Miejscowi okazywali wrogość: widzieli w nich zagrożenie dla własnego spokoju.
Dla mnie obraz Białorusina jest bardzo niejednoznaczny, ambiwalentny. Z jednej strony przykłady tolerancji i wzajemnej pomocy. A z drugiej – nienawiść aż do śmierci, bez możliwości przebaczenia…
Lokajska postawa, gdy młodzi ludzie stoją przed kamerami i powtarzają propagandowe radzieckie narracje
– A komu poza samymi badaczami potrzebna jest praca z przeszłością? Czy młodzież interesuje się historią swoich rodzin, swoich przodków?
– Kiedy prowadziłem zajęcia z historii mówionej na studiach magisterskich Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego w Wilnie, moi studenci często stawali się zapalonymi badaczami przeszłości swoich rodzin. Zaczynali rozmawiać z rodzicami i dziadkami, zbierać dokumenty i fotografie – wszystko to, co wcześniej wydawało się zupełnie nieważne. Pisali niezwykle ciekawe eseje o własnej historii. Wystarczyło pokazać, jak bardzo jest to interesujące, i nauczyć podstaw historii mówionej.
Na Białorusi niestety zerwana została więź między pokoleniami. Mam na myśli pamięć. Wielokrotnie obserwowałem, jak podczas wywiadu przychodzili dzieci i wnuki babci, którzy po raz pierwszy słyszeli historię jej życia, a potem mieli pretensje: „Dlaczego nam o tym nie mówiła?”.
A ona po prostu nie chciała dzielić się przeżytym bólem. To błędne podejście. Nie wolno chronić młodszych pokoleń przed okrutną prawdą, którą znają starsi. Jest ona potrzebna do zrozumienia życia w całej jego złożoności. Takie wspomnienia mają szansę stać się przyswojoną lekcją, która być może pozwoli uniknąć błędów pozornie nieuniknionych.
Aby młodzież Białorusi nie traciła więzi z przeszłością, muszą działać szkoła, państwo i muzea. Właśnie tak rodzi się zrozumienie własnej odrębności – językowej, mentalnej, cywilizacyjnej. Tutaj tkwią źródła poczucia własnej przynależności narodowej i kulturowej.
– Czy wielu chce znać prawdę?
– Większość studentów po prostu zalicza kurs historii i idzie dalej. Ale na Uniwersytecie Warszawskim miałem grupy, z którymi rozmawialiśmy o krajowości – i widziałem, jak ważny jest ten temat nawet dla studentów z zachodniej Polski. Stwarzał możliwość innego rozumienia istoty tego, co narodowe, pomagał uświadomić sobie, że naród może być orkiestrą różnych kultur i wyznań.
– Jak przeżył pan rok 2020?
– W pewnym momencie porwało mnie swoiste odrodzenie Białorusi. Doświadczone poczucie jedności było niezwykle przyjemne. Kiedy dziś pytają, czym jest idea białoruska, odpowiadam: solidarnością i wzajemnym wsparciem. Nieznajomi pomagali sobie nawzajem w trudnych sytuacjach. Nigdy wcześniej nie obserwowałem takiej jedności i dążenia do wolności.
Jednak prawdą jest także to, że większość społeczeństwa nie przyłączyła się do Rewolucji Godności – i stało się to jedną z przyczyn porażki.
– Dlaczego często wydaje nam się, że wszystko, co wielkie, dzieje się po raz pierwszy? Z naszym udziałem. Na naszych oczach. Dziś na przykład autorytety, nawet z wykształceniem historycznym, mówią: takiego zrywu jak w 2020 roku na Białorusi nikt nigdy nie widział!
– Każde wydarzenie historyczne jest samo w sobie wyjątkowe. I tego, co wydarzyło się w 2020 roku, rzeczywiście nie było wcześniej w takiej formie i skali. Ale jeśli mówimy o masowych dążeniach Białorusinów do wyzwolenia się spod obcej władzy i zbudowania własnego państwa, w przeszłości znajdziemy podobne wydarzenia.
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to historia Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady. Pod koniec 1926 roku niewielki białoruski klub parlamentarny dosłownie w ciągu kilku miesięcy przekształcił się w gigantyczną organizację masową, liczącą ponad sto tysięcy osób. Polskie władze traciły kontrolę nad sytuacją na Zachodniej Białorusi, tak potężny okazał się ruch ludowy.
Warto również przypomnieć początki niepodległej Republiki Białorusi. Po nieudanym sierpniowym puczu Państwowego Komitetu Stanu Wyjątkowego w Moskwie w 1991 roku i poparciu go przez kierownictwo Komunistycznej Partii Białorusi w Mińsku szybko szerzyło się przekonanie o konieczności pożegnania ze Związkiem Radzieckim. Ludzie z ogromnym zainteresowaniem śledzili transmisje posiedzeń Rady Najwyższej XII kadencji, gromadzili się na placach, słuchali przemówień, prowadzili dyskusje polityczne…
– A jednak do dziś wielu wspomina radziecką przeszłość z uniesieniem i rozrzewnieniem. Co nimi kieruje?
– Z każdym rokiem przy życiu pozostaje coraz mniej osób, które żyły w Związku Radzieckim, a liczba jego wielbicieli, zdaje się, nie maleje. W dużym stopniu to rezultat działalności propagandy państwowej. Atak na niepodległość rozpoczął się wraz z wyborami prezydenckimi w 1994 roku. Jednym z głównych celów kandydata Łukaszenki było odtworzenie jakiegoś nowego Związku Radzieckiego. Później propaganda nieco osłabła, ale ogólny kierunek pozostał. Cała współczesna oficjalna ideologia opiera się na micie, że ZSRR był państwem idealnym, a radziecka Białoruś – ojczyzną narodu białoruskiego. To nieprawda.
Starsze pokolenie rzeczywiście może odczuwać nostalgię – za młodością, za dawną względną stabilnością społeczną i bezpieczeństwem czasów Leonida Breżniewa. Ale kiedy zaczyna się wspólnie z nimi przypominać szczegóły tamtego życia, wraca także dawne rozczarowanie. W tamtym kraju prawa człowieka były podporządkowane programowi KPZR, ludzie nie mieli wolności, a bez niej nie ma warunków rozwoju człowieka i społeczeństwa. Cała historia Związku Radzieckiego to przede wszystkim przemoc i strach, ideologiczne kłamstwo. Prawda w tamtym kraju była uznawana za „formację ekstremistyczną”.
Dziś czasem obserwuję, jak młodzi ludzie przed kamerami telewizyjnymi powtarzają propagandowe narracje radzieckie… To po prostu lokajska postawa, która niektórym wydaje się dobrym początkiem kariery. Wcześniej sądziłem, że samo życie i czas wyrzucą ten reżim i jego zwolenników na śmietnik historii, a młodzież zrozumie potrzebę wolności i będzie jej bronić. Takich młodych kobiet i mężczyzn rzeczywiście jest wielu, ale znaczna część wychowanków współczesnych białoruskich szkół i uniwersytetów próbuje odnaleźć się w modelu totalitarnym. Smutne.
– Ale przecież radzieckość żyje nie tylko w tych, którzy dziś służą systemowi. Ile jej pozostało w pańskim pokoleniu?
– W pewnym sensie Związek Radziecki, jego „czerwony człowiek”, niczym jakiś straszny atawizm zakorzenił się w świadomości wielu osób, nie tylko starszych. Przejawia się w obojętności wobec losu kraju, w niechęci do ryzykowania własnym spokojem i dobrobytem dla ważnych spraw społecznych i politycznych, w resztkach strachu, z którym żył niemal każdy obywatel „Kraju Rad”…
Pamięć to rzecz bardzo niebezpieczna dla każdego reżimu totalitarnego, bo właśnie na niej buduje się fundament przyszłości
– W 2023 roku pańska książka „«Wyzwoleni» i zniewoleni…” stała się przedmiotem postępowania sądowego, a później została uznana za „materiały ekstremistyczne”. Co czuje historyk, kiedy sądzi się jego pracę?
– Smutne i absurdalne widowisko. Sprawę prowadziła kobieta, która zwykle rozpatrywała sprawy majątkowe. Wyglądało na to, że prawie nic nie rozumiała z tematu.
Moja książka to zbiór dokumentów historycznych opowiadających o działalności władz radzieckich i życiu Białorusinów za „pierwszych Sowietów”, od września 1939 do czerwca 1941 roku. Książkę ukarano nie za przedrukowane dokumenty z białoruskich archiwów, lecz za przedmowę przedstawiającą kontekst historyczny.
Chodzi o moje twierdzenie, że pakt Ribbentrop–Mołotow (który trafniej należałoby nazywać paktem Hitler–Stalin) przyspieszył wybuch II wojny światowej. Z perspektywy współczesnej światowej historiografii to fakt bezsporny.
W aktach sprawy znalazła się ekspertyza Instytutu Badań Pogranicza Republiki Białorusi. W mojej ocenie wspomnianego paktu dopatrzono się oznak „ekstremizmu”. Nazwiska „ekspertów” słyszałem po raz pierwszy i zaproponowałem sędzi, by skierowała książkę do zaopiniowania przez Instytut Historii Narodowej Akademii Nauk albo wydział historii Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, gdzie pracują prawdziwi fachowcy. Sędzia wyszła z sali do swojego pokoju „na naradę”, po której odrzuciła propozycję i uznała książkę za „materiały ekstremistyczne”.
Kraj jest zawracany ku najgorszym radzieckim standardom i wynik procesu był przewidywalny.
– Na czarnej liście książek znajduje się dziś wiele publikacji historycznych, zwłaszcza o II wojnie światowej. Czy można w ten sposób pokonać pamięć?
– Na pewien czas jest to możliwe, ale prawda ostatecznie zawsze zwycięża. Walka o nią rozpoczęła się jeszcze na początku lat 90. i zaostrzyła się po pierwszych wyborach prezydenckich. Praktycznie wszyscy moi koledzy historycy, którzy próbowali uczciwie wykonywać swoje obowiązki zawodowe i badać przeszłość na podstawie faktów, a nie życzeń polityków związanych z władzą, w pewnym momencie stracili pracę na uniwersytetach i w instytutach akademickich Białorusi.
Pamięć jest rzeczą ważną i niebezpieczną dla każdego reżimu totalitarnego. To fundament, na którym buduje się jutro społeczeństwa. Obecna władza próbuje przemocą przywrócić nas do radzieckich ideologemów i praktyk, w istocie – zatrzymać współczesny rozwój kraju. W ostatnich latach obserwujemy silną ofensywę państwa przeciwko językowi i kulturze białoruskiej, narzucanie postsowieckiej pseudohistorycznej propagandy z domieszką ideologii „ruskiego miru”.
Walka o interpretację przeszłości trwa nieustannie. Ale nasza sytuacja jest wyjątkowa i tragiczna, ponieważ władze kraju walczą o koncepcję państwa, którego od prawie trzydziestu pięciu lat nie ma na mapie. Nakładają ideologiczne cugle na ludzką pamięć i wolność myślenia.
– Po 2020 roku reżim zastraszył społeczeństwo, zmusił je do milczenia?
– Myślę, że wolna Białoruś zeszła do głębokiego podziemia. Dziś otwarte demonstracje uliczne są niemożliwe, ponieważ dysproporcja sił między społeczeństwem a państwowymi oprawcami jest ogromna. Ale Białoruś żyje, walka trwa. Ludzie się nie poddali. Znaczna część rozumie, co się dzieje. Obecny reżim polityczny jest dla niej nie do przyjęcia. Właśnie dlatego w kraju trwają represje polityczne.
– Zapisał pan setki historii życia Białorusinów. Które z nich wciąż czekają na swój czas i publikację?
– Planuję w najbliższej przyszłości opublikować materiały wypraw naukowych śladami powojennej kolektywizacji na Zachodniej Białorusi. Nie była ona tak krwawa i katastrofalna jak w BSRR pod koniec lat 20. XX wieku, z masowymi represjami stalinowskimi. Na Zachodniej Białorusi, wyniszczonej przez niedawną wojnę i następujący po niej głód, stosowano łagodniejsze metody, ale także były to represje. Kolektywizacja oznaczała zburzenie tradycyjnego sposobu życia, a wraz z nim niszczono świadomość chłopa – gospodarza własnej ziemi i własnego życia. Mieszkańcy wsi i przysiółków zamieniali się w kołchoźników całkowicie zależnych od państwa. Było to swoiste odrodzenie systemu pańszczyźnianego.
Ale nawet w tej strasznej sytuacji, przy zrujnowanych miastach i wsiach, niedostatku mężczyzn i powrocie bezlitosnej władzy radzieckiej, ludzie protestowali i walczyli. Udokumentowaliśmy różne formy oporu.
Nie chodzi o powstanie zbrojne, choć antyradziecka partyzantka w lasach wciąż wtedy prowadziła walkę. Częściej stosowano pokojowe, lecz skuteczne formy protestu. Najczęściej były to strajki kobiet i lokalne bunty. Mężczyźni bali się występować otwarcie, bo dla nich oznaczało to aresztowanie i stalinowski łagier. Kobiety natomiast zbierały się razem, szły do biur kołchozów czy lokalnych rad, żądały zwrotu ziemi, odmawiały wyjścia do pracy.
– A czy w pańskiej rodzinie jest taki przykład?
– Kiedy w 1949 roku we wsi Nagujewicze zaczęto tworzyć kołchoz, dziadek opierał się do końca. Trzymano go w zimnej celi, wymachiwano mu rewolwerem przed nosem, grożąc rozstrzelaniem jako kułaka. Ale niczego nie podpisał, a przy pierwszej okazji uciekł z rodziną do miasta i zatrudnił się w fabryce mebli. Był dobrym stolarzem. Ucieczka z kołchozowej niewoli zakończyła się sukcesem, bo fabryki mebli podlegały wówczas Ministerstwu Obrony.
Historia białoruskiego XX wieku nauczyła korzystać z ukrytych form protestu, aby ocalić siebie, bliskich i wewnętrzną wolność.
– Przez długi czas pytał pan innych o ich przeszłość. A jaką niewygodną, bolesną prawdę o swoim pokoleniu trudno panu dziś przyznać?
– Najbardziej boli to, że nie potrafiliśmy obronić i zachować osiągnięć początku lat 90. Dopuściliśmy do rewanżu sił antybiałoruskich i antydemokratycznych, które pociągnęły Białoruś z powrotem w ciemność. Byliśmy naiwni i nie doceniliśmy siły radzieckiej inercji, głębokości oporu wobec zmian. W rezultacie nie tylko straciliśmy trzydzieści lat historii demokratycznej Białorusi, lecz także straciliśmy i nadal tracimy Człowieka. Rewolucja Godności pokazała ogromne możliwości wyzwolonej, wolnej jednostki. Ilu mądrych, pięknych i przedsiębiorczych ludzi wtedy zobaczyliśmy!
We współczesnej Białorusi lepiej nie pokazywać publicznie swoich najlepszych cech. Wielu musi oddychać jednym płucem i częściej patrzeć pod nogi niż w niebo.
Pracując na Uniwersytecie Warszawskim, zobaczyłem różnicę między studentem białoruskim a polskim i ukraińskim. Ci ostatni mogą otwarcie wyrażać swoje zdanie, spierać się z profesorem, zadawać najbardziej niewygodne i ostre pytania. Nasza młodzież jest inteligentna, często lepiej wykształcona niż Polacy i Ukraińcy, uważna na wykładach i… milcząca. Na polskim uniwersytecie! A co dopiero na samej Białorusi? Obawiam się, że tracimy pokolenie, które powinno decydować o przyszłości wolnej Białorusi.