Aleś Łozka: Dopóki wszystko, co białoruskie, trwało samo z siebie, nie myślałem, że przyjdzie mi tego bronić. A jednak przyszło…

Апошняе абнаўленне: 9 października 2026
Aleś Łozka: Dopóki wszystko, co białoruskie, trwało samo z siebie, nie myślałem, że przyjdzie mi tego bronić. A jednak przyszło…

To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe) i Fundacja Alesia Bialackiego.

7 listopada 2026 roku (sobota) o godz. 18:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.

Aleś Łozka. Urodził się w 1953 roku. Ukończył Uniwersytet Homelski, doktor nauk humanistycznych w zakresie filologii. Folklorysta, etnograf, pedagog, pisarz i działacz społeczny. Autor ponad 300 publikacji naukowych oraz szeregu książek poświęconych folklorowi i kulturze ludowej. Stał na czele Towarzystwa Szkoły Białoruskiej.

Krótko o tym, co ważne

– Co w młodości oznaczało dla pana „my”?

– To nie tylko pierwsza osoba liczby mnogiej, ale przede wszystkim ja sam i moi przyjaciele, którzy wyróżniali się z rosyjskojęzycznego tłumu i pragnęli demokratycznych przemian.

– Co w ustroju radzieckim uważał pan za naturalne?

– Początkowo niemal wszystko przyjmowałem jako coś oczywistego. A potem coraz częściej łapałem się na myśli: nie, tak być nie powinno.

– Jaki był najważniejszy moment pana sprzeciwu wobec zdania większości?

– Z własnej woli złożyłem wniosek o wystąpienie z KPZR. W instytucie Akademii Nauk występowałem w obronie pierwszych nieformalnych organizacji, których działalność zalecano potępić.

– Kiedy Białoruś stała się dla pana czymś osobistym?

– Wnikała we mnie już w dzieciństwie – poprzez poleską gwarę, ludowe podania, pieśni, poprzez to, co słyszałem od starszych ludzi.

– Co jest trudniejsze: przestać wierzyć państwu, przestać się go bać czy nauczyć się brać odpowiedzialność na siebie?

– Brać odpowiedzialność. Bo wtedy za każdą twoją decyzją stoją już konsekwencje, które będziesz musiał ponieść sam.

– Czy rok 2020 był wynikiem stopniowych zmian w społeczeństwie, czy nagłym wybuchem?

– To była prawdziwa rewolucja. Do ruchu na rzecz sprawiedliwości dołączyły już nie tylko środowiska świadome swojej tożsamości narodowej – wyszły znacznie szersze kręgi społeczeństwa, które dostrzegły oszustwo.

– Czy istnieje dziś białoruskie „my”?

– Istnieje. Jesteśmy Białorusinami i nadal uczymy nasze dzieci w białoruskich szkółkach za granicą. Kochamy naszą tak ciężko doświadczoną ojczyznę, czujemy z nią duchową więź. I pomagamy sobie nawzajem.

Aleś Łozka dorastał na Polesiu pośród gwary, pieśni, zamawiań i podań, których nikt nie nazywał „kulturą narodową” – po prostu nimi żyto. A obok istniał inny świat: język rosyjski z radia i telewizora, przemilczane represje, matka, która przez dziesięciolecia ukrywała przed rodziną i innymi ludźmi, że wywieziono ją na roboty przymusowe do Niemiec. Z tego rozdźwięku między tym, co własne, a tym, co oficjalne, stopniowo wyrastały sprzeciw i dążenie do sprawiedliwości. Chłopak z Polesia z zasady zdawał egzaminy po białorusku, wystąpił z KPZR przed obroną doktoratu, uczestniczył w działalności i tworzeniu nowych nieformalnych organizacji – „Tutejszych”, Towarzystwa Języka Białoruskiego i Towarzystwa Szkoły Białoruskiej, wywieszał biało-czerwono-białą flagę nad Akademią Nauk. A potem wraz z innymi próbował zrobić coś, co okazało się jeszcze trudniejsze – przywrócić białoruskość codziennemu życiu: szkołom, uniwersytetom, obozom letnim dla dzieci i ruchowi skautowemu.

Po kilku dziesięcioleciach wiele z tego, co zbudowano, zostało zniszczone. Dziś Łozka znów zaczyna niemal od tego samego – tyle że białoruskie dzieci są już rozproszone po całym świecie, a szkoła mieści się nie tylko w budynku, lecz także w przestrzeni cyfrowej.

Sprawiedliwość po radziecku: za „zniszczony” nieistniejący most – syberyjskie łagry, a za zniszczone jezioro nawet palcem nie pogrozili

– Polesie, rejon lelczycki, wieś Prybaławiczy – skraj białoruskiej ziemi… Urodzić się tam – to szczęście czy?..

– No tak: prawdziwy poleski zakątek, a w nim my – „przy błocie”. Ojczyzny się nie wybiera, ojczyznę się kocha. I jako małe dziecko, i później nie traciłem zainteresowania swoimi stronami. Pamiętam, pytałem to rodziców, to jakichś dziadków czy babcie:

– A jak to się stało, że pośród wody jest ten dziwny piaszczysty pagórek, Pusta Hora?

– Kiedyś pędziła stąd na Turów niezliczona horda obcych Turków i taki ślad pozostał po końskich kopytach…

– A dlaczego uroczysko pod Krasnymi Ladami nazwano Zabierlinniem?

– Bo dawniej stała tam zmurszała berlina, która woziła towary do Greków i z powrotem po morzu, którego już nie ma…

– Jak to – całe morze?

– A tak: dziadek przysięgał, że niedaleko, na Sianczouskim Błocie, kiedy byli mali, znaleźli okrętowe łańcuchy i kotwicę, a w głębi leżał zatopiony statek…

– Ależ te opowieści musiały pobudzać dziecięcą wyobraźnię!

– Od tego zaczęło się moje zainteresowanie folklorem, podaniami, historią tych stron. Przez lata, zapis po zapisie, szukałem i odnajdywałem fakty dotyczące swojego rodowodu. I wreszcie udało mi się go odtworzyć.

Moja prababcia Audotka była niezwykłą pięknością, być może nazywano ją „kwiatem Uborci”. Dźwięcznym głosem przywoływała wiosnę nad rzeczką… Myślę, że urodziła się właśnie w dzień Audotki Wiosennej, 14 marca. Usłyszał ją i zobaczył miejscowy dziedzic Mikałaj Florau-Bułhak z majątku Miłaszewiczy. Tak się zakochał, że odesłał żonę z dziećmi do Kijowa i zaoferował rodzicom dziewczyny rozmaite korzyści, by oddali ją do dworu. Odmówili, zaczęli ukrywać córkę. Wtedy ojca i syna natychmiast zabrano w rekruty. Było w tym wiele podstępu, krzywdy i nieszczęścia… Na całą powieść!

Żeby ukryć przed ludźmi swoje grzechy, pan w końcu wydał Audotkę za niemłodego kawalera Illę Łozkę, starszego od niej o trzynaście lat. Na weselu kobiety śpiewały:

Klonowy ty listeczku,

Dokąd cię wiatr poniesie?

Czy do boru, czy w dolinę,

Czy z powrotem na kalinę?

Młodziutka Audotko,

Dokąd cię ojciec wydaje?

Czy do ludzi, czy w Tatary,

Czy do szlacheckiej rodziny?..

– Chyba nie było to najszczęśliwsze małżeństwo?

– Zaraz po weselu młodego męża wysłano do obsługi odległego młyna na Uborci, a Audotka została panienką. Tak, za sprawą dramatu zrodzonego w istocie z poddaństwa, połączyli się szlacheccy Bułhakowie i nasi Łozkowie. Dawne i znane rody, niegdyś bliskie dworowi władcy, z których pochodzili wojewodowie, marszałkowie, horodniczowie, posłowie, filomaci, powstańcy, folkloryści…

Wszystkie te stopniowe odkrycia były dla mnie wielkim zaskoczeniem: w naszym losie spotkały się poleski chłopski żywioł i szlachecka kultura przeszłości.

– Głębokie korzenie… Zapewne rodziły pytania nie tylko o to, „skąd”, ale i „dlaczego”?

– U nas rozmawialiśmy poleską gwarą, czytać uczyłem się po białorusku, a w radiu i telewizji – tylko rosyjski. Jak to? W kinie – wyłącznie rosyjskie zwycięstwa, a przecież nasi tak walczyli z Tatarami! Gdzie można coś o tym zobaczyć? Usłyszeć? Przeczytać?

Świadomość własnej tożsamości przychodziła stopniowo, jakby sama z siebie. Z jakiegoś powodu trafiały mi do serca wiersze Janki Kupały, Jakuba Kołasa, Maksima Bahdanowicza, Petrusia Brouki, Ryhora Baradulina, Siarhieja Hrachouskiego… I sam miałem ochotę pisać. Ciągnęło mnie do słowa także dlatego, że mocno łączyło się z podaniami i legendami, ustnymi opowieściami, pieśniami ludowymi, historiami z niedalekiej przeszłości, które pozostawiały głęboki ślad w mojej młodej duszy.

– Podzieli się pan nimi?

– Około trzydziestu mieszkańców naszej wsi skazano na męki Gułagu, w tym naszych krewnych. Na przykład kołchozowego kowala Tarasa – znakomitego fachowca, bardzo dobrego człowieka. Aresztowano go pod całkowicie absurdalnym zarzutem: że spalił, ten taki owaki polski szpieg, strategiczny most na szerokim jeziorze za wsią. Choć wszyscy wiedzieli: przecież nigdy żadnego mostu tam nie było i być nie mogło – to podmokły teren! I za taką bajkę człowiek przesiedział w łagrach długie lata. Na szczęście wrócił żywy – i znów stanął przy palenisku…

Ludzie we wsi wiele wiedzieli o takich gorzkich sprawach, ale bali się mówić otwarcie – tylko cicho, przytłumionym głosem. Żeby usłyszeć, trzeba było umieć słuchać.

A obok – zupełnie inna historia: katastrofa ekologiczna, na którą władza po prostu przymknęła oczy. W Prybaławiczach mieszkał zapalony myśliwy, wędkarz i pszczelarz o nazwisku Hubas. Przynosił na przykład z lasu wilczki, a wilczyca potem przychodziła ich szukać do wsi i straszyła naszych. W czasie wojny częstował ludzi miodem dzikich pszczół. Otóż, żeby dorobić się na rybach, gdzieś w latach sześćdziesiątych wykopał od jeziora do sąsiedniego rowu melioracyjnego kanał długości stu–dwustu metrów i ustawił w nim wiklinowe kosze do połowu. Nie uwzględnił różnicy poziomów – i woda runęła tak potężnym strumieniem, że w ciągu paru dni zniknęła cała, jakby ją krowa językiem zlizała. Ludzie zbierali ryby rękami, jeden nawet zdjął spodnie, zawiązał nogawki i napchał do nich chyba ze szesnaście kilo, choć świecił przy tym gołym tyłkiem. Najpierw zostało grzęzawisko, na którym mieszkańcy Prybaławicz kosili trawę, stojąc na nartach. A potem ostatnią kałużę wypiła w upał czyjaś krowa…

Piękne jezioro umarło. Rosła tam zresztą bardzo smaczna kotewka, orzech wodny, a władze miały to gdzieś. Oto radziecka sprawiedliwość: za nieistniejący most – syberyjskie łagry, a za prawdziwe przestępstwo nawet palcem nie pogrozili.

Jakiż to grzech ekologiczny

W naszej wsi się zadomowił!

Zapomniany orzech wodny

W Czerwonej Księdze się osiedlił.

Byśmy i my tam nie trafili,

Będziemy pamięć mieć wytrwałą.

Niech nas nie trapią lata

Ni złych, surowych zim zawieje…

– Czy w pana rodzinie również były historie, o których trzeba było długo milczeć?

– Prawdziwym szokiem była na przykład historia mojej matki. Pochodziła z Witebszczyzny, z rejonu szumilińskiego. W czasie wojny, jeszcze zupełnie młodziutką, schwytali ją naziści i wywieźli na roboty przymusowe do Prus Wschodnich, pod Królewiec.

W tym samym czasie jej ojciec, mój dziadek Makar, walczył w szeregach Armii Czerwonej. Nacierał dokładnie w tym samym kierunku, nie wiedząc, że gdzieś tuż obok, na wyciągnięcie ręki, w niewoli cierpi jego córka. I zginął zaledwie kilka kilometrów od miejsca, w którym ją trzymano…

Po wojnie matka wykształciła się na agronoma i pojechała pracować do rejonu lelczyckiego. Kiedy przyszła pora wstąpić do partii, pewien mądry i dobry człowiek w komitecie rejonowym po cichu ją ostrzegł: „Walancina, nigdy i nigdzie w oficjalnych życiorysach i ankietach nie wspominaj, że wywieziono cię do Niemiec. Bo nie tylko nie przyjmiemy cię do partii, ale możesz po prostu trafić do więzienia za to, że byłaś na terytorium wroga”.

I zamknęła tę tajemnicę na głucho w swojej duszy. Nawet mój ojciec i my, dzieci, nic o tym nie wiedzieliśmy. Wyobraża pan sobie?!

A wiele lat później ja, już młody doktorant i folklorysta w Akademii Nauk, pojechałem na ekspedycję naukową do rejonu szumilińskiego, by zapisywać pieśni ludowe. Rozmawialiśmy z pewną śpiewaczką o wszystkim. Słuchała, słuchała i nagle mówi:

– Oj, synku, przecież ty jesteś synem Wali! Bardzo dobrze ją znam, razem byłyśmy na robotach w Niemczech!

Byłem oszołomiony:

– Babciu, to jakaś pomyłka, matka nigdy tam nie była!

– Była, i to jeszcze jak!

I zaczęła szczegółowo wszystko opowiadać – takie detale, których obca osoba nie mogłaby znać.

Przyjeżdżam do domu:

– Mamo, czy to prawda?

Rozpłakała się i wyjawiła swoją wojenną tajemnicę, swój dramat:

Oto w jak strasznym milczeniu i lęku musieli żyć nasi rodzice, żeby po prostu ocalić życie.

– Czy właśnie z takich historii wyrastał pana sprzeciw wobec tego, co państwo radzieckie opowiadało o sobie? Napisał pan przecież kiedyś parodię słynnej pieśni „Szeroka jest moja ojczyzna”?

– Kształtował się we mnie bardzo krytyczny, buntowniczy stosunek do ustroju. Chciałem zedrzeć tę fałszywą patriotyczną pozłotę. Oto początek wiersza „Ilu jest na Białorusi więźniów politycznych”:

Najrozleglejszy jest mój kraj,

Tyle w nim więzień i Gułag!

Drugiego takiego już nie znajdziesz,

Iluż nieszczęśników w niewoli!

Od Moskwy po zapomniane wioski,

Z gór południa, z północnych śniegów –

Kanał Białomorski, wyręby lasów,

Więźniarki, kołchozy dla niego…

To mój wewnętrzny manifest. Bardzo chciałem zrozumieć, co naprawdę działo się w naszej historii, uwolnić się od radzieckich ankiet i zacząć walczyć o wolne słowo i prawdziwą kulturę.

Bardzo chciałem napisać doktorat o ludowych zamawianiach, ale – ZSRR…

– Wśród tego, co pan wówczas zbierał, był wyjątkowy świat poleskich zamawiań i szeptunów. Czy pana oczarowywał?

– Dokładniej – rzucał na mnie urok. Przyzna pan: to przecież niedopuszczalne w przypadku młodego komunisty! Najpierw po cichu, a potem już otwarcie zbierałem bardzo rzadki, magiczny materiał. Ponad sto zamawiań – po miejscowemu: szeptów – zapisałem w swojej i okolicznych wsiach. Zwykle szepcze się je trzy razy: „Pierwszym razikiem, najlepszą godzinką, najprędzej, najmocniej. Drugim razikiem…”

Takie bogactwo! Polesie zawsze uważano za krainę sakralną. Już dawni rosyjscy podróżnicy pisali w swoich książkach, że jest tu bardzo wielu szeptunów – potrafią leczyć różne choroby słowem zamawiania. Zdążyłem jeszcze poznać ten świat i wiele zapisać.

– Co zamawiano najczęściej? A które zamawiania były najbardziej niezwykłe?

– Wśród zamawiań dla dzieci bardzo często spotykało się te przeciw nocnicom i krzykaczkom – gdy dziecko źle śpi i płacze nocą; przeciw znoskom – gdy choruje wskutek uroku rzuconego przez rówieśników; przeciw przestrachowi – przerażeniu, zalęknieniu; przeciw zołotnikowi, pudwiejowi, jatrze – różnym chorobom.

Wiele zamawiań dotyczyło zwierząt, zwłaszcza krów. Na przykład przeciw wzdęciu, zwichnięciu i stłuczeniu, gdy pojawia się bielmo, żeby krowa nie wierzgała, gdy „sucha krew”, na świętego Jerzego…

Trzeba zrozumieć, że dla Poleszuka mleko jest najwyższym symbolem ocalenia. W czasie wojny, kiedy naziści spalili wszystkie domy w naszym rejonie i ludzie musieli przez lata mieszkać w leśnych ziemiankach, to właśnie krowa ratowała dzieci od śmierci głodowej. Dlatego krasule chroniono bardziej niż cokolwiek innego, a zamawianie ich chorób miało życiowe znaczenie.

Dla człowieka też szepcze się wiele rzeczy. Od dolegliwości po sprawy intymne. Na przykład zakrutka – szkodliwa praktyka: żeby mężczyzna nie mógł współżyć z żoną, trzeba „skręcić” jego narząd płciowy. W tym celu należało potajemnie ukraść spodnie konkretnego człowieka i szeptać nad nimi.

– Założę się, że było też antidotum?

– A jakże! Jest również odkrutka – żeby wszystko przywrócić do poprzedniego stanu, wyleczyć.

Był też załom: złośliwy znachor specjalnie skręcał i zawiązywał źdźbła żyta – tak sprowadzano szkodę na gospodarstwo, chorobę lub biedę do domu. Kiedy to znajdowano, szybko szukano innego znachora, który mógłby wszystko odczynić. Przy czym często ten sam, który zrobił załom, potem za wynagrodzeniem go odczyniał.

– A czy sam potrafi pan teraz z pamięci wyszeptać coś jasnego, pięknego?

– Niech będzie o miłości – cóż jest od niej wyższe?

Świętą wodą się obmywam,

złotem się wycieram,

słoneczkiem się odziewam,

księżycem się przepasuję,

gwiazdami się zapinam:

nikogo się nie boję.

Jak słońce i księżyc

na cały świat świecą,

tak żebym i ja była

całemu światu miła i kochana.

Jakież to poetyckie! Potem wymieniało się imię ukochanego – i już: oczarowany!

– A co było najniezwyklejszego z niezwykłych rzeczy, na które pan trafił?

– Zamawianie na sąd: „niech sędziemu zewrze szczęki”. Szeptano je przed rozprawą, żeby człowiekowi w todze dosłownie odebrało mowę i nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa przeciwko tobie.

Ale chyba najbardziej zaskakujące zamawianie poznałem, wówczas jako młody wicedyrektor szkoły średniej, od… sekretarz lelczyckiego komitetu rejonowego Komunistycznej Partii Białorusi, pani Kotowej! Miała dobrą opinię, ale widocznie jednak kogoś skrzywdziła… Po raz pierwszy wyjawiam tę tajemnicę – myślę, że teraz już można. Krótko mówiąc, poruszona, w zaufaniu pokazała mi straszliwe zaklęcie magiczne złożone z trzech części. Pierwsza kończyła się złośliwym, pospolitym przekleństwem: „Obyś wiecznie płonęła w smole, ty podstępna żmijo!” – ale osobno do zawiniątka dołączono prawdziwy, wysuszony wężowy ogon… To już nie dla ludzi o słabych nerwach – niczego nie zmyślam. Do dwóch pozostałych zamawiań dołączono jeszcze bardziej odrażające rekwizyty…

– I na co pan liczył, zbierając takie rzeczy? Miał pan nadzieję kiedyś je wydać?

– Jestem o wiele większym optymistą, niż się wydaje: na studiach doktoranckich bardzo chciałem pisać rozprawę właśnie na ten temat. Ale mój promotor, profesor Anatol Fiadosik, ostrzegł mnie po ojcowsku: „Aleś, teraz są czasy radzieckie. Jeśli wybierzesz zamawiania, będziesz miał ogromne trudności z obroną i publikowaniem. Partia komunistyczna uważa to wszystko za szarlatanerię i zabobony, twoich artykułów po prostu nie przyjmą do czasopism naukowych”.

Musiałem uznać porażkę. Ale materiały zachowałem i później ukazały się w akademickiej serii „Białoruska twórczość ludowa”. Mój tom nosił tytuł „Zamawiania”. Natomiast pierwszy, choć niezasłużenie, ale ze względów dyplomatycznych, poświęcono „folklorowi radzieckiemu”. Może właśnie dzięki niemu wszyscy otrzymaliśmy Nagrodę Państwową.

– A o czym ostatecznie pisał pan doktorat?

– O poezji obrzędowej cyklu kalendarzowego na Polesiu Wschodnim. Natomiast rozprawę habilitacyjną już dawno przygotowałem na temat kalendarza ludowego i wydałem trzy monografie, szereg książek i publikacji nie tylko na Białorusi, lecz także w Polsce, Rosji, Ukrainie i Słowacji.

– Co z pana własnych dokonań w folklorystyce jest panu najbliższe?

– Na przykład „Białoruski kalendarz ludowy” doczekał się dwóch wydań. Dla serii „Białoruska twórczość ludowa” przygotowałem zbiór „Gry, zabawy, igrzyska” – wydano go trzykrotnie. O batlejce, ludowym teatrze lalkowym, ukazało się aż pięć książek. Cenię też szereg podręczników, które powstawały dla różnych placówek edukacyjnych – od przedszkola i szkoły po uniwersytet – i są wykorzystywane do dziś.

Zrekonstruowany i usystematyzowany przeze mnie tradycyjny kalendarz ludowy od dawna co roku publikowany jest w oficjalnych mediach na Białorusi, a teraz także w Polsce.

Składam wniosek o wystąpienie z KPZR. Mój promotor z przerażeniem popukał się w czoło

– Pominęliśmy pana studia na Uniwersytecie Homelskim. Początek lat osiemdziesiątych, czas głębokiej rusyfikacji. A pan z zasady zdawał egzaminy po białorusku. Jak reagowali wykładowcy?

– Dla mnie nie był to żaden sztuczny gest polityczny. To wewnętrzna potrzeba, postawa obywatelska: język musi żyć i rozbrzmiewać, tym bardziej na uniwersytecie.

Pamiętam egzamin wstępny z historii. Ledwie zacząłem odpowiadać, wykładowca, członek KPZR, przerywa. Wybiegł do sąsiedniego pokoju, do innego egzaminatora: „Chodź tu, posłuchaj, jak chłopak pięknie opowiada po białorusku!”.

Z nielubianych przedmiotów – podstaw komunizmu naukowego, teorii literatury z podstawami teorii marksistowsko-leninowskiej – również odpowiadałem w ojczystym języku. I dostałem piątki, choć daleko mi było do prymusa. Widzi pan: nawet w tamtych dusznych czasach prawdziwe białoruskie słowo mogło budzić w ludziach szacunek.

Zresztą ja i mój przyjaciel Kość Usowicz byliśmy jedynymi studentami, których wówczas zatrudniono na pół etatu w gazecie uniwersyteckiej. Tam również staraliśmy się upowszechniać białoruskie słowo.

– Wtedy też powstała niezależna grupa literacka „Roskwit”. Po co była potrzebna własna, skoro przy uniwersytecie już istniała?

– Przy katedrze literatury białoruskiej działała „Kryniczka”, którą kierowali poeta i wykładowca Wiktar Jarac oraz student Michaś Baszłakou, dziś laureat Państwowej Nagrody Literackiej. Wiktar to wybitny człowiek, dysydent, wyrzucony z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego za zbiorowy list studentów z żądaniem prowadzenia zajęć po białorusku. Z trudem, dzięki wstawiennictwu Maksima Tanka, dostał posadę tylko w Homlu – zesłano go do odległego miasta. Ale była to oficjalna grupa. A my, studenci różnych wydziałów, chcieliśmy większej wolności i samodzielności. Tak pojawił się „Roskwit” – całkowicie niezależnie, bez wykładowców i partyjnych podpowiedzi. W głosowaniu wszystkich członków wybrano mnie na przewodniczącego.

Występowaliśmy w szkołach, w telewizji obwodowej, publikowaliśmy w gazetach. Z grupy wyszło wielu znakomitych literatów: Aleś Dubrouski, Swiatasłau Krupieńka, Iryna Bahdanowicz, Anatol Zekau, który zresztą w tym roku otrzymał Państwową Nagrodę Literacką. Z nami zaczynali, a potem kontynuowali tradycję odrodzenia narodowego Anatol Sys, Aleś Bialacki, Andruś Akulin i inni.

Pewnego razu zaproszono nas do komitetu obwodowego partii, do wydziału ideologicznego. Częstowali kawą i cukierkami i przez całą godzinę poważnie opowiadali o… rewolucji chińskiej! Takie sprytne partyjne pranie mózgów, żeby odciągnąć młodzież od własnych problemów narodowych. Ale najstarszy z nas, rosyjski poeta Juryj Fatnieu, już wtedy odważył się wystąpić z krytyką.

– Po uniwersytecie pana droga znów przecięła się z drogą Alesia Bialackiego. Łączyła was miłość do literatury?

– Pracowaliśmy jako nauczyciele w szkołach rejonu lelczyckiego. Wróciłem w rodzinne strony, a Bialacki specjalnie poprosił o skierowanie do tego najodleglejszego poleskiego rejonu, żeby być bliżej żywego ludowego słowa.

Kiedy postanowiliśmy rozpocząć studia doktoranckie w Akademii Nauk – ja w Instytucie Historii Sztuki, Etnografii i Folkloru, a on w Instytucie Literatury – trzeba było odejść z pracy. Pamiętam, przyszliśmy razem do rejonowego wydziału oświaty odebrać dokumenty. Rozmawiamy ze sobą po białorusku, a miejscowi nauczyciele i urzędnicy stoją, patrzą z otwartymi ustami i szepczą: „O, mówią po białorusku… Białorusini!”.

Dla nich było to prawdziwe dziwo. I nie pojmowali, do jak haniebnego stanu doprowadzono nawet prowincję, skoro ojczysty język stał się czymś wyjątkowym…

– A czy na studiach doktoranckich w Mińsku wyczuwało się wówczas narodowe przebudzenie?

– W 1986 roku już w Mińsku, pod kierownictwem Alesia Bialackiego, stworzyliśmy legendarną młodzieżową grupę literacką „Tutejsi”. W pierwszym wspólnym zbiorze opublikowałem pracę o białoruskiej mitologii.

– Niedługo potem Niłowi Hilewiczowi przyszło ratować pana podczas obrony doktoratu?

– Studia doktoranckie podlegały ścisłej kontroli ideologicznej. Nawet żeby się na nie dostać, potrzebna była oficjalna rekomendacja organizacji partyjnej. I oto przed obroną składam wniosek o wystąpienie z KPZR. Spotkało się to z bardzo różnymi reakcjami. Mój promotor z przerażeniem popukał się w czoło: „Aleś, zrobiłeś straszną głupotę! Przecież obleją cię na radzie naukowej!”.

Miał rację, naprawdę mogli się zemścić za taki krok. A poeta narodowy zasiadał w radzie naukowej przeprowadzającej obronę. Zebrałem się na odwagę i zadzwoniłem do niego: „Proszę przyjść na obronę: sytuacja jest bardzo trudna, może zabraknąć kworum”.

Wtedy właśnie transmitowano na żywo wszystkie posiedzenia Rady Najwyższej XII kadencji, w której mój główny obrońca był jednym z liderów demokratycznej frakcji Białoruskiego Frontu Ludowego. Słucham radia i nagle słyszę, jak przewodniczący pyta:

– Dlaczego Hilewicza nie ma na posiedzeniu?

Odpowiadają mu:

– Pilnie wezwano go do Akademii Nauk, jest tam coś bardzo ważnego.

Rzeczywiście odłożył wszystkie sprawy państwowe i przyjechał na posiedzenie rady naukowej. Poradził sobie. Moich racji dobrze bronili też koledzy folkloryści Arsień Lis, Hienadź Kachanouski… Jestem im bardzo wdzięczny. Sprawiedliwość zwyciężyła – obroniłem się jednogłośnie. To było nasze wspólne zwycięstwo.

– I bynajmniej nie jedyne w tamtym czasie?

– Wspomnę choćby „operację specjalną” z udziałem sprzątaczek, pułkownika KGB i dyrektora administracyjnego Akademii, związaną z legalizacją flagi narodowej. Pracowałem wtedy w Centrum Naukowo-Oświatowym im. Franciszka Skaryny, którym kierował profesor Adam Maldzis – człowiek o wyjątkowej duszy, skupiający wokół siebie najlepszą twórczą młodzież. W naszym pokoju biało-czerwono-biała flaga wisiała już od dawna, jeszcze zanim oficjalnie ją zatwierdzono.

Prezes Akademii Nauk, znany matematyk Uładzimir Płatonau, wystąpił na sesji Rady Najwyższej i gorąco poparł ideę nowej symboliki. Wysłuchałem go, zdejmuję tę samą biało-czerwono-białą flagę z naszego pokoju i mówię kolegom:

– Chłopaki, koniec! Flaga zostanie przyjęta jako państwowa, idę ją wywiesić nad Akademią! Koledzy się roześmiali:

– No idź, idź, zobaczymy, co z tego będzie.

Zszedłem na parter do milicjanta pełniącego straż.

– Słyszałeś wystąpienie Płatonaua? Wywieśmy ją nad wejściem!

Zbladł:

– Zwariowałeś? Nie pozwolę – nie wolno!

Idę więc do dyrektora administracyjnego Akademii. Pomyślał i mówi:

– A czemu nie? Zgadzam się!

Woła swoje pracownice:

– Dziewczyny, weźcie od Łozki flagę, wyprasujcie i wywieście razem nad wejściem.

Ale milicjant zaczyna pilnie wydzwaniać do swoich przełożonych w KGB:

– Towarzyszu pułkowniku, Łozka przyniósł tu jakąś flagę i chce zastąpić naszą, flagę BSRR!

Funkcjonariusz KGB ryknął tak, że usłyszeliśmy:

– W żadnym wypadku! Żadnych flag!

Ale stanowczo nie odstąpiłem od swojego zamiaru.

Kilka dni później odbywało się duże walne zebranie sprawozdawczo-wyborcze Towarzystwa Języka Białoruskiego w Akademii Nauk. Od wiceprezesa Akademii Iwana Nawumienki, pisarza narodowego Białorusi, uzyskałem zgodę na przeprowadzenie uroczystości w głównej sali. Pochwaliłem się, że z zainteresowaniem czytam jego utwory i w ogóle pochodzę z tych samych stron. On w odpowiedzi ponarzekał na Alesia Bialackiego – że nie broni doktoratu, bo zajmuje się nie tym, czym powinien, a on, jako promotor, musi się za niego wstydzić:

– Och, ci homelanie! Z waszego przyjaciela są same kłopoty…

W auli zgromadzili się akademicy, dyrektorzy instytutów, członkowie Towarzystwa Języka Białoruskiego. Moja dyplomatyczna propozycja, by do prezydium włączyć zasłużone osobistości, zostaje odrzucona przez demokratyczną większość: wybrani zostają profesor Juraś Chadyka, wiceprzewodniczący Białoruskiego Frontu Ludowego, ja jako prowadzący i sekretarz.

Dalej hymn Białoruskiej Republiki Ludowej „Wyjdziemy w zwartych szeregach” i moja propozycja:

– Szanowni państwo! Nasza flaga została już przyjęta jako państwowa, ale nad Akademią Nauk nadal powiewa stara radziecka.

I co mieli zrobić zmieszani akademicy, kiedy wszyscy zgodnie ruszyli na dół? Dołączyli… Znajomy milicjant już stał na baczność.

Pan Chadyka wszedł po drabinie, ja podałem tę samą biało-czerwono-białą flagę… Telewizja robiła wtedy reportaż ze zjazdu, więc wydarzenie zobaczyła cała Białoruś.

To był niezapomniany dzień prawdziwego triumfu. Zresztą podobną akcję w budynku Mińskiej Rady Miejskiej przeprowadził również jej deputowany Aleś Bialacki.

„Wielkie mi rzeczy, list od ministra, a spódniczka przecież powyżej kolan! Nie przyjmujemy waszej Lisicyny…”

– Radziecka tradycja wychowania: dziecko należy całkowicie do szkoły i państwa. Pan zaś w istocie podważył monopol w dziedzinie edukacji. Jak to się zaczęło?

– Pomysł narodził się w 1988 roku: stworzyliśmy wtedy Komitet Rodzicielski Klas Białoruskojęzycznych. Kierował nim archeolog Ihar Czarniauski, zastępcami byliśmy ja i Aleś Szamak.

Sprawa była trudna, więc żeby ruszyła z miejsca, sami dawaliśmy przykład. Moja córka Alesia ukończyła już wtedy pierwszą klasę zwykłej rosyjskojęzycznej szkoły. Ale całą rodziną postanowiliśmy machnąć ręką na stracony rok: posłaliśmy ją ponownie do pierwszej klasy, tyle że już białoruskojęzycznej.

W komitecie zebrało się niemało ludzi świadomych swojej tożsamości narodowej: inżynierowie Uładzimir Nowik i Ludmiła Siemiżon, artyści Aleś Cyrkunou i Siarhiej Szaucou, pedagodzy Jauhien Cumarau i Łarysa Iulijewa, dziennikarka Halina Susza, naukowiec Piotra Sadouski, pisarz Uładzimir Jahoudzik, śpiewak Piatro Tarasiewicz, robotnik Uładzimir Waśkowicz, ekonomista Mikała Kijka… To od nich zaczęły się białoruskie klasy i szkoły w stolicy.

– Ale większość rodziców trzeba było jednak przekonywać osobiście?

– Tak. Chodziliśmy po domach, prosiliśmy, żeby posyłali dzieci do białoruskich klas.

Pamiętam, rozmawiamy w Uruczczu ze znanym dziennikarzem sportowym, który bardzo pięknie komentował mecze piłkarskie w ojczystym języku. On niby jest za, ale żona kategorycznie przeciw: „Nawet o tym nie myślcie! Gdzie moje dziecko potem pójdzie na studia? Nie ma i nie będzie szkolnictwa wyższego w ojczystym języku!”.

Nie zdołaliśmy ich przekonać. Ale ich syn ostatecznie nie stronił od białoruskiego, choć zajmował dość wysokie stanowisko w jednym z ministerstw.

Razem z artystą Mikałą Kupawą zorganizowaliśmy zbiórkę podpisów w obronie ojczystego języka i wysłaliśmy obszerny list zbiorowy do Michaiła Gorbaczowa w Moskwie. Ledwie go wysłaliśmy, wszystkich sygnatariuszy pilnie wezwano do sekretarza Komitetu Centralnego na stosowną reprymendę. Próbowali zastraszyć, ale czasy już się zmieniały…

– Pogoda polityczna jakby zmierzała ku wiośnie, ale chłód wciąż się utrzymywał?

– Bardzo wymowna i smutna jest historia Nasty Lisicyny – jedynej dziewczynki w Mińsku, która jeszcze przed naszą inicjatywą uczyła się wszystkich przedmiotów po białorusku. Jej rodzice byli bardzo zasadniczy: wywalczyli w komitetach wykonawczych i szkołach wyjątek dla córki. W milionowym Mińsku tylko ona przez kilka lat uczyła się wyłącznie po białorusku!

Kiedy Nasta z powodzeniem ukończyła szkołę, pochowano jej matkę – z biało-czerwono-białą flagą. Odbywał się też kolejny zjazd Towarzystwa Języka Białoruskiego. W swoim wystąpieniu zaproponowałem:

– Szanowni państwo! Zwróćmy się do Ministerstwa Edukacji z prośbą o przyjęcie tej dziewczyny na Białoruski Uniwersytet Państwowy bez egzaminów – jako symbolu naszego odrodzenia!

Zjazd poparł propozycję. Na sali byli przedstawiciele ministerstwa i ostatecznie rzeczywiście napisali oficjalny list do rektora Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego z prośbą o przyjęcie Nasty bez egzaminów. Po kilku dniach rektor, akademik Fiodar Kapucki, znalazł mój numer telefonu w Centrum Skaryny i chyba przez pół godziny tłumaczył się, dlaczego nie przyjęto jej bez egzaminów. Zamiast sensownych argumentów mówił takie rzeczy:

– Krótko mówiąc, Aleś, nie przyjęliśmy Lisicyny!.. Wielkie mi rzeczy, list od ministra, a spódniczka przecież powyżej kolan!

Myślę, że dziewczyna i ojciec poczuli się bardzo skrzywdzeni: spakowali rzeczy i wyjechali na Litwę, gdzie Nasta bez przeszkód dostała się na Uniwersytet Wileński.

Tak nasz system wypychał z kraju tych, którzy najbardziej konsekwentnie chcieli żyć po białorusku.

– Zebrać dzieci w pierwszych białoruskojęzycznych klasach to połowa sukcesu. A co dalej: skąd brać programy, podręczniki, nauczycieli?

– Rozumieliśmy: bez solidnych podstaw metodycznych wszystko się rozpadnie.

Przyjrzeliśmy się rozwojowi ukrainoznawstwa i postanowiliśmy stworzyć analogiczny system. Od 1992 do 1994 roku wydaliśmy cztery zbiory materiałów dydaktycznych – z folkloru, etnografii i sztuki ludowej dla uczniów wszystkich klas, a nieco później, pod kierownictwem przyszłego ministra edukacji Piatra Bryhadzina, także dla uniwersytetów. Wprowadziliśmy na uczelniach kurs białorusoznawstwa i terminologii naukowej. Mnie na przykład przyszło go prowadzić na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym, na wydziałach ekonomicznym, mechaniki i matematyki, radiofizyki oraz kulturoznawstwa. Studenci przyswajali białoruską terminologię swoich specjalności i w praktyce obalali późniejszy mit, jakoby w ojczystym języku nie można było rozwijać nauk ścisłych.

– Ale edukacja to przecież nie tylko sala wykładowa i podręcznik. Czy szukaliście innych form?

– Porozumieliśmy się ze związkami zawodowymi i otrzymaliśmy do dyspozycji zwykły obóz pionierski koło stacji Enerhietyk, który nazwaliśmy „Grunwald”. Nasz znakomity przyjaciel z Moskwy, redaktor czasopisma „Wschodniosłowiańskie słowianoznawstwo”, Alaksiej Kauka, zaproponował:

– „Łahier” brzmi ciężko, od razu kojarzy się z łagrem. Nazwijmy go pięknym słowem „letnik”.

Tak ten neologizm ruszył w świat po Białorusi.

Zaprosiliśmy też dzieci Białorusinów mieszkających za granicą – z Wilna, Polski, Petersburga i Moskwy. Chodziło o to, żeby połączyć naszych z różnych zakątków świata. Organizowaliśmy święta ludowe, gry historyczne, odtwarzaliśmy bitwę pod Grunwaldem, dzieci same robiły drewniane tarcze i miecze. Co prawda był jeden problem – nikt nie chciał grać Krzyżaków, wszyscy chcieli stanąć w szeregach naszych wojowników.

Z dziećmi na obozie spotykali się deputowani Rady Najwyższej Walancin Hołubieu, Lawon Barszczeuski, Aleh Trusau i inni.

– I stąd już tylko krok do własnej organizacji dziecięcej?

– Rzeczywiście łatwiej było dzięki niej przewietrzyć głowy z duszącego zaduchu…

Wymyśliłem nazwę „Skaryniczy”, opracowałem nawet statut. Ale potem ksiądz Alaksandr Nadson z Londynu podpowiedział: trzeba odwołać się właśnie do tradycji skautowej. I przysłał unikatowe książki, czasopisma „Na pahatowie” i „Zważaj”. Okazało się, że jeszcze przed przewrotem październikowym w niektórych miastach Białorusi istniał prężny ruch skautowy. Zamiast pionierskich chust nasi wychowankowie zaczęli nosić piękne biało-czerwono-białe chustki. Można je było zawiązać na głowie dla ochrony przed słońcem albo z fasonem na ręce – traktowano je przede wszystkim jako żywy symbol wolności, a nie święty atrybut komunistycznego rytuału.

Największa trudność to znaleźć i przygotować instruktorów skautowych, ludzi gotowych pracować z samego entuzjazmu.

Dziś w ojczystym języku uczy się zaledwie około 8 % uczniów, a w 1993 roku do białoruskich pierwszych klas poszło 76 % wszystkich rozpoczynających naukę

– Dlaczego to, co budowano z takim zapałem, zaczęło się gwałtownie rozpadać? Był przecież czas, kiedy nawet dziewięćdziesiąt procent pierwszoklasistów obwodu mińskiego uczyło się po białorusku, a potem po prostu katastrofa…

– Po zainicjowanym przez władze referendum z 1995 roku rozpoczęła się systematyczna ofensywa przeciwko wszystkiemu, co narodowe. Z jednej strony – brutalna presja państwa. Z drugiej – pragmatyczny wybór rodziców, którzy posyłali dzieci do placówek wspieranych przez władze. Być może intelektualiści i działacze społeczni nie zdołali wystarczająco skutecznie obronić stworzonych instytucji, a samo społeczeństwo nie miało zasobów do długotrwałego oporu wobec machiny państwowej.

Biurokracja działała bardzo przebiegle. Na przykład nauczycielom języka i literatury rosyjskiej już wcześniej wprowadzono piętnastoprocentowy dodatek do wynagrodzenia – rzekomo za pracę w „republice narodowej”. Przebiegły, szyderczy cios! Zaczęto czyścić programy: wyrzucano utwory Bahuszewicza, Krapiwy i innych narodowych klasyków.

– Opowiadano mi, że niedługo potem drastycznie zmieniono też proporcje godzin języka białoruskiego i rosyjskiego. Jak duża była różnica?

– Szczególnie w młodszych klasach. Jeśli nauka odbywała się po białorusku, na język ojczysty przeznaczano trzy godziny tygodniowo, na rosyjski – jedną. Przy rosyjskim języku nauczania – odwrotnie. A ponieważ urzędnicy i ideolodzy zapędzili większość dzieci właśnie do szkół rosyjskojęzycznych, białoruski pozostał dla nich tą jedną godziną w tygodniu.

Co więcej, początkowo pozwalano przynajmniej historii i geografii uczyć w ojczystym języku. Ale wkrótce i to zniesiono.

– A co pokazują dzisiejsze statystyki? Jak głęboki okazał się spadek?

– Obraz jest po prostu przerażający! W całym kraju w ojczystym języku uczy się zaledwie około 8 % uczniów. Jeszcze w 2017 roku było to 13 %.

Białoruskie szkolnictwo rozwijało się pomyślnie po nadaniu ojczystemu językowi statusu państwowego. W latach 1993–1994 do białoruskich pierwszych klas przyjmowano już 76 % wszystkich pierwszoklasistów, a w obwodzie mińskim – nawet ponad 92 %, w stolicy – 58 %. W Mińsku po raz pierwszy pojawiły się placówki edukacyjne z białoruskim językiem nauczania. Nieszczęście nastąpiło po tak zwanym referendum z 1995 roku: liczba pierwszoklasistów od razu spadła o połowę.

– W takich warunkach szczególnie ważne było chyba wspieranie nauczycieli, którzy nadal pracowali po białorusku?

– Właśnie dlatego Towarzystwo Szkoły Białoruskiej organizowało konkursy i nagrody dla pedagogów przedszkoli, szkół i uniwersytetów. Na przykład Nagrodą im. akademika Wacława Łastouskiego wyróżniano wykładowców najróżniejszych specjalności. Takie nagrody otrzymali docent Tamara Suchaja z Białoruskiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego, profesor Alaksandr Arciszeuski z Białoruskiego Państwowego Uniwersytetu Kultury i Sztuki, docent katedry nauk o Ziemi Pawieł Kauryha i doktor nauk ekonomicznych Maksim Bialicki z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, trenerka i choreografka Wolha Korsak oraz wykładowca geografii ekonomicznej Mikałaj Stracha z Białoruskiego Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego…

Ważne było dla nas, żeby pokazać: język białoruski może normalnie funkcjonować nie tylko na lekcji literatury, lecz także w każdej dziedzinie zawodowej.

Towarzystwo Szkoły Białoruskiej prowadziło różnorodną działalność z pedagogami wszystkich typów placówek edukacyjnych: konferencje, seminaria i kursy, także z udziałem zaproszonych specjalistów z zagranicy. Organizowano seminaria krajoznawcze i wydawano programy dotyczące poznawania własnego rejonu. Konkursy na najlepszą białoruską szkołę wiejską, gazety studenckie i szkolne. Popularność zdobyły twórcze prace uczniowskie „Nie porzucajcie naszej mowy białoruskiej…”, konkursy „Edukacja dla wolności: laptop dla aktywnego nauczyciela”…

Oddziały Towarzystwa Szkoły Białoruskiej istniały we wszystkich miastach obwodowych. Jako pierwszy oficjalnie zarejestrowano najbardziej aktywny oddział grodzieński, kierowany przez Alaksandra Milinkiewicza. Kiedy w 1996 roku został jedynym kandydatem opozycji w wyborach prezydenckich na Białorusi, do Towarzystwa wpłynęło zastrzeżenie Ministerstwa Sprawiedliwości: członek organizacji niepolitycznej zajmuje się polityką. I żeby nas nie narażać, Milinkiewicz złożył wniosek o wystąpienie. Ale nadal nie zrywał kontaktu, wspierał inicjatywy edukacyjne, a później także Szkołę Białoruską w Warszawie.

– W tym kontekście nie sposób pominąć pana walki o Liceum Humanistyczne im. Jakuba Kołasa?

– W 2003 roku ten wyrazisty symbol początku białoruskiej wiosny zamknięto. W jego pięknym budynku przy ulicy Uljanouskiej zaczął działać… państwowy sąd. Straszliwy sarkazm: w tych samych pokojach, w których dzieci poznawały wolną białoruską historię, później sądzono licealistów i aktywistów za protesty.

W tamtych dniach przyjąłem wszystkich nauczycieli pod skrzydła Towarzystwa Szkoły Białoruskiej. W swoim gabinecie przechowywałem ich książeczki pracy. Staliśmy się takim parasolem dla podziemnego nauczania. Początkowo na zajęcia w mieszkaniach przychodziła milicja, straszyła, ale nauka trwała.

Liceum wychowało całą plejadę ludzi, którzy dziś pracują na całym świecie: Franak Wiaczorka, Aleś Michalewicz, Pawieł Barkouski, Hleb Łabadzienka, Wola Stużynskaja, Maksim Czarniauski… Działają w nauce, życiu społecznym, biznesie, zagranicznych organizacjach. Ich doświadczenie najlepiej obala stary mit: że jeśli uczysz się po białorusku, potem nigdzie się nie dostaniesz i niczego nie osiągniesz. Wyszło odwrotnie – taka edukacja dała im mocny start i zdolność konkurowania daleko poza granicami Białorusi.

– Od 2022 roku sam jest pan na emigracji, ale nie przerywa pracy rozpoczętej w kraju?

– Dzięki Ministerstwu Edukacji Polski otrzymaliśmy bezpłatnie sale w warszawskiej szkole im. Adama Mickiewicza, w tym roku dołączyło czterdzieścioro nowych uczniów. Dzieci nie tylko się uczą, lecz także tańczą białoruskie tańce, wystawiają batlejkę, obchodzą swoje święta.

Oprócz zajęć stacjonarnych mamy dużą szkołę online. Dawne filie w Gdańsku, Białymstoku i Krakowie stały się samodzielnymi szkółkami. Przez nauczanie internetowe przeszły dzieci z ponad trzydziestu krajów świata – od Polski i Niemiec po USA, Kanadę, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indonezję i Japonię. Połączyliśmy je w taką „kosmiczną Białoruś”. Kiedy ogłosiliśmy nabór nauczycieli, przyszło ponad sto zgłoszeń – od pedagogów najwyższej kategorii zawodowej, doktorów i doktorów habilitowanych, z których wielu również musiało wyjechać.

I właśnie w tym widzę dziś jeden z najważniejszych sensów: gdziekolwiek znajdą się nasze dzieci, muszą znać swoją kulturę, język, historię i być dumne: jesteśmy Białorusinami.

Współfinansowanie | projekt finansowany z budżetu państwa w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.