Valery Karbalevič: Historia to nasze zwierciadło – widać w nim i klęskę, i szansę

Апошняе абнаўленне: 11 listopada 2025
Valery Karbalevič: Historia to nasze zwierciadło – widać w nim i klęskę, i szansę

To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe).

15 listopada 2025 roku (sobota) o godz. 17:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.

Czekając na paradę artylerii

Mówiąc językiem politologii, każdy człowiek przechodzi przez proces socjalizacji. Proszę wspomnieć pierwsze lekcje (rodzinne, wiejskie, studenckie), które pana ukształtowały i w rezultacie doprowadziły do politologii.

Moje pokolenie dorastało na styku bardzo różnych epok: Związku Radzieckiego, schyłkowego Breżniewa – czasów tak zwanego rozwiniętego socjalizmu, beznadziejnego zastoju. Właśnie w takiej atmosferze kształtowała się moja osobowość. Wtedy wydawało się, że ten porządek będzie trwał wiecznie… Kiedy jednak ten, zdawałoby się nieśmiertelny, sekretarz generalny zmarł, oglądaliśmy transmisję z jego pogrzebu i myśleliśmy: co dalej? Breżniew odszedł, ale za nim stała cała armia klonów, gotowych go zastąpić i utrzymać system przy życiu…

Tyle że na tę paradę artylerii na Placu Czerwonym trzeba było poczekać…

To prawda, bo urodziłem się jeszcze w 1955 roku, w Rosji, w obwodzie kostromskim.

Rok bardzo symboliczny: po śmierci Stalina Chruszczow przejął kontrolę nad partią, Malenkow stracił stanowisko premiera – wyparł go Bułganin. W monolicie władzy pojawiła się kolejna rysa, zapowiedź przyszłych wstrząsów… Wróćmy jednak do pańskich korzeni: jest pan więc Rosjaninem?

Moi rodzice, Białorusini, wyjechali tam za chlebem: skusiły ich dodatki za pracę w trudnych warunkach Północy. A pochodzimy… tata był kierowcą z rejonu starobińskiego (dziś soligorskiego), a mama nauczycielką z sąsiedniego, słuckiego. Mieszkali tam dwa lata i wrócili na terytorium ówczesnej Białorusi, już ze mną. Dlatego moje dzieciństwo i młodość to ziemia słucka. W pewnym momencie zafascynowała mnie polityka, więc wybór wydziału historycznego na BDU nie był przypadkowy. Za pierwszym razem się nie dostałem. Przez rok pracowałem na budowie i spróbowałem ponownie – udało się. Uczelnię ukończyłem z wyróżnieniem.

A mimo to dostał pan nakaz pracy na prowincji, w Akademii Rolniczej w Horkach?

Tak, pięć lat spędziłem na wschodzie Mohylewszczyzny. Potem – już z własnej woli –studia doktoranckie z ukierunkowaniem w stolicy i dziesięć lat w Białoruskim Instytucie Mechanizacji Rolnictwa, obecnie to Białoruski Państwowy Agrarny Uniwersytet Techniczny.

Wykładał pan historię Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego?

Nazwa kursu zmieniała się wraz z linią generalną partii, jak to się wtedy złośliwie mówiło. W czasach pieriestrojki była to już „historia polityczna”, a później „historia Białorusi” – w zależności od bieżącej sytuacji politycznej.

Obie te uczelnie kształciły kadry dla wsi, formowały przyszłą inteligencję regionalną.  Czy wśród tych ludzi zdarzały się jednostki „pozasystemowe”, zdolne do krytycznego myślenia?

Pyta pan o postawy obywatelskie? Mówiąc wprost, ówczesna wiejska elita była w stu procentach produktem systemu. Aż do początku pieriestrojki Gorbaczowa nie dostrzegałem żadnych znaczących zmian w mentalności.

Co jest paradoksem, bo przecież wieś w latach 60. i 70. przechodziła gwałtowną transformację!

Pamiętam jeszcze, jak w kołchozach żęto zboże sierpem. A jednocześnie, na moich oczach, postępował szaleńczy proces mechanizacji… Kiedy zaczynałem szkołę, na mojej wsi nie było nawet prądu! Lekcje odrabiałem przy lampie naftowej. Niemal z dnia na dzień dokonał się skok technologiczny i ruszyła urbanizacja: jako dziecko widziałem wieś tętniącą życiem, a już w latach siedemdziesiątych obserwowałem odpływ młodzieży i starzenie się społeczeństwa.

Warto uzupełnić tę diagnozę kilkoma obserwacjami…

Być może najważniejsze jest to, że wraz z wyludnianiem się wsi zaczęła zanikać jej aktywność. Wcześniej była amatorska działalność artystyczna, koncerty, zawody. A kiedy ludzie zaczęli wyjeżdżać, niemal wszystko to zniknęło. Za to umacniała się świadomość, że kołchoz to coś zupełnie zacofanego… Stąd migracja w poszukiwaniu lepszego życia. Tym, którzy zostawali, zazwyczaj po prostu brakowało środków, żeby się wyprowadzić.

Czy świadomość wiejska różniła się od miejskiej? Jak bardzo? I w czym?

Moim zdaniem różnica w mentalności warstw ówczesnego społeczeństwa była mało odczuwalna – nie powiedziałbym, żeby była między nimi przepaść. Co najwyżej sektor agrarny był trochę bardziej konserwatywny. Na przykład w czasie pieriestrojki to nasz instytut najbardziej opierał się zmianom. Zarówno studenci, jak i wykładowcy. Wiejska inteligencja nie bardzo przejmowała się ideologią: ludzie skupiali się na własnych problemach i próbowali urządzić się tak, by żyło się lepiej i żeby coś z tego było. 

Wielka polityzacja całego społeczeństwa radzieckiego zaczęła się dopiero wtedy, gdy Gorbaczow ogłosił, że zastój to nie norma, a choroba, dlatego trzeba coś zmieniać, naprawiać.

Piana na fali pieriestrojki

System radziecki oferował wiele pokus, by pozostać w bezpiecznej niszy wykładowcy oficjalnej wersji historii. Co sprawiło, że przekroczył pan tę strefę komfortu i zajął się publiczną analizą bieżących wydarzeń? Czy był to osobisty wybór, czy raczej porwała pana energia tamtej epoki?

Wiąże się to bezpośrednio z nowymi procesami historycznymi: początkiem pieriestrojki, pojawieniem się głasnosti i tak dalej. Ja, podobnie jak wielu innych, ewoluowałem wraz ze społeczeństwem. Pojawiła się pewna swoboda, możliwość otwartego oceniania, analizowania i wyciągania wniosków. Wcześniej było to nie do pomyślenia.

Niemal z dnia na dzień zaczęły powstawać organizacje społeczne, określane wtedy mianem „nieformalnych”. Powstawały oddolnie, z własnej inicjatywy, a nie z nadania władzy, jak to było dotychczas. Pojawiły się też nowe media – a wraz z nimi kanał do wyrażania własnych opinii.

Czyli punktem wyjścia pańskiej „osobistej historii najnowszej” nie były okoliczności biograficzne, lecz tektoniczny przełom społeczny?

Tak, to był splot, wręcz lawina wydarzeń. Przede wszystkim puls czasu najmocniej bił w moskiewskiej prasie, która podjęła ostrą krytykę historii ustroju radzieckiego i reżimu komunistycznego.

Pamięta pan jakąś konkretną publikację, która stała się przełomem – zarówno dla środowiska naukowego, jak i dla pana osobiście?

Na przykład artykuł Gawriiła Popowa w czasopiśmie „Nauka i żyzń”, w którym po raz pierwszy na łamach radzieckiej prasy skrytykował cały system administracyjno-nakazowy, a nie tylko samego Stalina. Od XX zjazdu partii obowiązywała narracja, że system mieliśmy dobry, tylko Stalin był zły i wszystko zniszczył. A tu nagle pojawiła się zupełnie inna, głębsza diagnoza. Pod ostrzałem znalazł się nawet Lenin. Podważono więc same fundamenty radzieckiej ideologii, na których opierał się cały ustrój. To był początek powszechnej krytyki systemu.

Właśnie wtedy w Mińsku zaczęły się tworzyć pierwsze niezależne grupy nieformalnych działaczy. Z ich środowiska wyrósł polityczny klub Suczaśnik, którego byłem jednym z założycieli. Początkowo spotykaliśmy się w prywatnych mieszkaniach, ale wkrótce zaczęliśmy organizować publiczne debaty.

Próba wyrwania się z radzieckiej orbity i stworzenia własnej przestrzeni myśli… Czy to była pierwsza szkoła wolności – czy tylko iluzja alternatywy?

Byliśmy wówczas grupą inteligencji z dysydenckim zacięciem: moi dobrzy znajomi, koledzy ze studiów Viktar Čarnoŭ i Miša Plisko, tak samo Roma Jakaŭleŭski. Na naszych spotkaniach na poważnie dyskutowaliśmy o przeżytym i przyszłych wyzwaniach. Z czasem coraz więcej osób dołączało do dyskusji, więc zaczęliśmy szukać wygodnej i odpowiedniej przestrzeni. W końcu Leŭ Kryvicki niespodziewanie wywalczył nam salę w Domu politoświaty. To miejsce przyciągało ludzi jak magnes.

I długo cieszyliście się swobodą?

Dysputy miały tak silny rezonans, że władze, by dać odpór, dość szybko zmobilizowały wykładowców z Wyższej Szkoły Partyjnej… Ideologiczny kontratak się nie powiódł i niedługo w prasie pojawił się słynny jątrzący artykuł „Piana na fali pieriestrojki”.

Zaczęto dochodzenie: kto za tym wszystkim stoi? Okazało się, że to docent z katedry historii KPZR! Wybuchł potężny skandal, sprawę roztrząsano na zebraniu partyjnym… Sekretarz komitetu wezwał mnie i Čarnoŭa, po czym rzucił: „No proszę, tacy zdolni chłopcy, a zrujnowali sobie karierę na resztę życia”.

Znacznie później wpadła mi w ręce specjalna uchwała biura Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Białorusi, w której padło moje nazwisko. Do organizacji partyjnych rozesłano też notkę służbową z moją biografią i konkluzją: to jeden z tych, którzy niszczą komunistyczną partię.

A jednak wystarczyło bardzo niewiele czasu – i system upadł.

Można więc powiedzieć, że jest pan demokratą pierwszej fali?

Ująłbym to inaczej: nasz klub Suczaśnik stał się jedną z pierwszych form społeczeństwa obywatelskiego, która powstała jeszcze za czasów reżimu komunistycznego.

Przypomnijmy jeszcze inne wyraziste środowiska tamtej epoki. Nieco inne środowisko, ale też było o nich głośno: Tałaka czy Tutejsi

Oni skupiały się głównie na idei narodowej, dając początek ówczesnemu białoruskiemu ruchowi narodowemu, z którego później narodził się Białoruski Front Ludowy (BNF), a następnie szereg organizacji socjaldemokratycznych. Tak więc proces ten postępował z różnych kierunków.

Natomiast nurt liberalny budował się na fundamencie wolności obywatelskich i politycznych. Idea narodowa nie była dla nas wtedy główną inspiracją.

Z pańskiego obozu politycznego warto też przywołać Platformę Demokratyczną.

Tak, w dużej mierze to właśnie z niej wywodziła się Zjednoczona Partia Demokratyczna Białorusi. Byłem zaangażowany w jej tworzenie w 1990 r., jeszcze przed rozpadem Związku Radzieckiego. Jednak gdy stało się jasne, że to realna siła przybliżająca upadek czerwonego imperium, wielu, nawet z grona przywódców, usunęło się w cień. Niektórym nie podobał się proeuropejski, prozachodni kurs. Ujmując to we współczesnych kategoriach, miłośnicy ruskiego miru istnieli się już wtedy.

A co działo się po oficjalnej, ideologicznej stronie?

Gdy pojawiła się realna konkurencja polityczna, dotychczasowe struktury okazały się niekonkurencyjne i po prostu zaczęły się sypać. Były kompletnie nieprzygotowane do walki politycznej, do obrony swoich idei. Zarówno partia komunistyczna, jak i komsomoł oraz związki zawodowe poddały się niemal bez walki. Sytuacja jest niemal lustrzanym odbiciem tego, co wydarzyło się w 2020 r. Organizacje powołane przez władzę w chwili ostrego kryzysu politycznego po prostu znikają ze sceny. Ponieważ istniały w innym celu.

By stworzyć fasadę?

Żeby kontrolować życie publiczne. Kontrolować to jednak co innego niż walczyć.

Od ekspertów do „ekstremistycznych centrów”

Transformacje następowały również w środowisku demokratycznym: pewne inicjatywy szybko umierały, ale na ich miejscu błyskawicznie pojawiały się nowe… W 1993 r. dziennikarz i jeden z pierwszych białoruskich politologów, Anatol Majsienia, założył Narodowe Centrum Inicjatyw Strategicznych Wschód-Zachód i zaprosił pana do współpracy. Czym był dla pana ten moment: kolejnym krokiem na ścieżce zawodowej czy wejściem w zupełnie nową sferę, w której tworzyły się zręby społeczeństwa obywatelskiego?

To była nowa rzeczywistość. Majsienia zauważył moją aktywność w niezależnych mediach, komentarze na temat procesów i wydarzeń politycznych, zaproponował współpracę. Centrum szybko się rozwijało, zyskiwało na znaczeniu. Przeprowadzaliśmy wiele konferencji, które stawały się dość ważnymi wydarzeniami życia publiczno-politycznego. W tym z udziałem przewodniczącego Rady Najwyższej Stanisława Stanisłaŭa Šuškieviča, wicepremierów, ministra spraw zagranicznych, generałów z Ministerstwa Obrony, naukowców i zachodnich polityków… Centrum realnie wpływało swoimi badaniami na procesy publiczno-polityczne w kraju.

Dochodziło przy tym do kuriozalnych sytuacji: właśnie ta skuteczność irytowała niektórych naszych oponentów z tego samego, opozycyjnego obozu. Twierdzono, że skoro urzędnicy tak chętnie nas odwiedzają, to znaczy, że Wschód-Zachód jest prorządowy! A to udało im się zrealizować jedną ideę, a to drugą… „To lobbyści biurokracji i aparatu Kiebiča, precz z nimi!”

Skuteczność zawsze rodzi zawiść. Co jednak naprawdę stało za tą pseudokrytyką?

Koledzy przegapili moment: nie zrozumieli, że wyniosła na ekran informacyjny nowych graczy, których rolą była ekspertyza. Zjawisko niespodziewane: bez narzędzi władzy, za to z głęboką wiedzą i niestandardowymi opiniami, stali się wpływowi. Zaczęło się od Moskwy, gdzie grono specjalistów od ekonomii, polityki i spraw społecznych, przy pomocy mediów, zaczęło dyktować trendy w kluczowych dziedzinach.

Oprócz samego Popowa można wspomnieć takie znane postacie epoki, jak Aganbiegian, Abałkin, Szatalin…

W okresie upadku Związku Radzieckiego i na początku lat 90. w niepodległej Białorusi, my również wpisaliśmy się w ten nurt. Ekspertyza naukowa stała się istotnym czynnikiem, który kształtował procesy społeczno-polityczne oraz świadomość społeczną. To były czasy, gdy gazety i czasopisma miały ogromne nakłady, ludzie czytali je z wypiekami na twarzy, a transmisje ważnych debat śledzono niemal non stop.

Dziś jednak instytucja eksperta sięgnęła bruku. Co doprowadziło do jej upadku? Czy to tylko zła wola państwa?

Odegrała ona w tym procesie dużą rolę. Jednak wskazałbym też na inny czynnik: rozwój technologii komunikacyjnych sprawił, że za „eksperta” zaczął się podawać każdy, kto miał kamerę, mikrofon i komputer. Zewsząd wylewała się profanacja i populizm. Zapotrzebowanie na szybkie i proste odpowiedzi zabiło głębię analizy, a w pewnym sensie – samą instytucję eksperta.

Za to jej znaczący głos „doceniła” władza…

Gdy tylko Łukaszenka został prezydentem, rozpoczął walkę z centrami analitycznymi, widząc w nich wpływową część opozycji. Po 1996 r. wszczęto przeciwko nam postępowanie karne. Musieliśmy zamknąć centrum i powołać nową strukturę pod inną nazwą – Centrum Analityczne Strategia.

Polityka w tamtym okresie zaczęła już wykraczać poza ramy legalności. Czy w kraju, w którym władza ostentacyjnie łamała prawo, można było pozostać apolitycznym?

„Młody” prezydent na jednym z posiedzeń ogłosił, że opozycja jest finansowana z zagranicy przez trzy ośrodki: Fundację Sorosa, czarnobylski Fundusz Hrušavego i nas, grzesznych. Zbiegło się to w czasie ze śmiercią Anatola Majsieni… Zaczęła się epoka totalnych czystek.

Jaki był pierwszy punkt zwrotny tej epoki?

Oczywiście, referendum z 1996 r., które całkowicie zmienicie ustrój konstytucyjny, tworząc państwo superprezydenckie. Ten „plebiscyt” odbył się w warunkach całkowitego bezprawia. Konstytucjonaliści określili go raczej mianem zamachu stanu, który zapoczątkował budowę klasycznego autorytaryzmu Aleksandra Łukaszenki.

Jakimi narzędziami utrwalano ten nowy porządek polityczny? Co przez lata pozostawało niezmienne w tym procesie, mimo zmieniającej się scenerii dziejowej?

Represje. Systematyczne niszczenie wszelkich instytucji, które mogłyby stanowić alternatywę – od centrów analitycznych po niezależne media i organizacje pozarządowe. Nie zniknęły one całkowicie, ale zostały zepchnięte do rezerwatów, pozbawione realnego wpływu na decyzje polityczne. Autorytaryzm jak z podręcznika. A dziś, po 2020 r., mamy już do czynienia z totalitaryzmem.

Wybory-94: echo industrializmu czy wiejski konserwatyzm?

Często słyszy się, że pierwsza faza rządów była dla wielu do przyjęcia ze względu na tak zwany kontrakt społeczny: władza zapewniała stabilność i minimalny dobrobyt, a społeczeństwo płaciło za to milczeniem. To zgrabna teoria czy politologiczna fikcja?

Już samo pojęcie „kontrakt społeczny” mija się z prawdą. To raczej abstrakcyjny, politologiczny model niż rzeczywistość, zasłona dymna dla tego, co działo się naprawdę. Łukaszenka faktycznie opierał swoje rządy nie tylko na represjach, ale i na pewnym poparciu dla stworzonego przez siebie modelu społecznego.

W pewnym momencie „główny architekt” zaczął nawet twierdzić, że jego model jest wzorem do naśladowania, a nie tylko lokalnym fenomenem. Przekonywał, że to alternatywa dla postkomunistycznej transformacji.

W rzeczywistości jednak cała jego istota sprowadzała się do taniego rosyjskiego gazu i ropy w zamian za „pocałunki”. Za te „pocałunki integracji” Białoruś dostawała część rosyjskiej renty energetycznej. Przynosiło to pewien wzrost gospodarczy. Jednakże dotyczył on całego obszaru postsowieckiego, nie tylko Białorusi i Rosji. Łukaszenka po prostu wpisał się w ten trend i wyżebrał dla siebie pewne korzyści: ludzie byli gotowi tolerować autorytarne metody, bo „żyło się trochę lepiej”.

W takim modelu kluczową postacią zawsze jest przywódca. Do Białorusi idealnie pasuje powiedzenie „państwo to ja”.

Przy każdej dyktaturze personalistycznej, które były, są i będą, od pierwszej osoby rzeczywiście zależy bardzo wiele. Jedna postać buduje państwo na swój obraz i podobieństwo, szyje sobie garnitur na miarę. Łukaszenka naprawdę bardzo mocno wpływa na procesy polityczne. Myślę, że pod presją powyborczych protestów wielu dyktatorów podałoby się do dymisji. A białoruski – wziął do rąk karabin, założył kamizelkę kuloodporną i powiedział, że będzie bronił swojej władzy do końca…

Napisał pan o nim książkę, tworząc jeden z najcelniejszych portretów Łukaszenki. Jakie cechy jego stylu, psychologii i sposobu rządzenia były widoczne już w 1994 r.? I co przeoczyli analitycy, media i wyborcy?

Bardzo zręcznie wykorzystał falę rozczarowania reformami. Większość społeczeństwa postrzegała ten trudny proces jako bałagan, chaos, a nawet anarchię. A były dyrektor sowchozu Gorodziec twardo obiecał: „Zaprowadzę porządek i oddam wam to, co straciliście”. Dla wielu, wciąż pamiętających Związek Radziecki, taka obietnica brzmiała jak zbawienie.

A nowe nurty obywatelskie, intelektualiści polityczni – czy po prostu z boku obserwowaliście wzrost wpływów populistycznego polityka? Dlaczego nie udało wam się przebić ze swoimi ideami? Czy rzeczywiście między elitą a elektoratem istniała przepaść?

Łukaszenka spekulował na nastrojach społecznych i rzeczywiście realnie zwyciężył w jedynych demokratycznych wyborach prezydenckich w historii Białorusi. Trzeba przyznać: w walce z opozycją, innymi instytucjami, takimi jak Rada Najwyższa i Sąd Konstytucyjny, opierał się na poparciu narodu.

Moje pytanie dotyczy czegoś innego: dlaczego intelektualiści, demokraci, nie dotarli do świadomości ludu?

Bo ta świadomość opierała się zmianom, które my, przeciwnicy Łukaszenki, promowaliśmy. Nie bez powodu Aleś Adamovič nazwał Białoruś „Wandeą pieriestrojki”.

Ale skąd to się wzięło?

Z punktu widzenia rozwoju społecznego lata rewolucji przemysłowej, czyli okres 1950–1970, były dla Białorusi czasem wielkiego sukcesu. Pod względem tempa urbanizacji nasza republika wyprzedzała nie tylko inne regiony Związku Radzieckiego, ale i wiele krajów na świecie. Miliony Białorusinów przeniosły się ze wsi do miast, dostały tu nowoczesne (jak na tamte standardy) mieszkania, a jakość ich życia radykalnie się poprawiła – a to bardzo silny argument. I wszystko to wydarzyło się na przestrzeni jednego lub dwóch pokoleń. Na oczach ludzi, którzy w 1994 r. szli do urn.

Gdy Gorbaczow ogłosił, że wcześniejszy okres to był zastój i że w państwie dzieje się źle, Białorusini go nie zrozumieli. Pamiętali czasy Mašeraŭa jako najlepszy okres w swoim życiu. Dlatego nie poparli reform. Łukaszenka doskonale wyczuł te nastroje i obiecał, że przywróci „złote czasy” radzieckiej przeszłości. Dla elektoratu była to niezwykle kusząca obietnica.

Tradycyjnie sytuację tę interpretuje się inaczej: że wybory w 1994 roku to efekt konserwatyzmu białoruskiej wsi. Pan z kolei kładzie nacisk na siłę rozpędu poprzedniego skoku społeczno-ekonomicznego. Krótko mówiąc, to echo bezprecedensowej industrializacji BSRR dało o sobie znać?

Dokładnie tak. O ile stalinowska industrializacja była procesem brutalnym, któremu towarzyszyło raczej pogorszenie warunków życia, o tyle powojenna industrializacja w Białorusi przyniosła awans społeczny. Co więcej, nie było u nas takiej korupcji jak w innych częściach ZSRR. No i mieliśmy charyzmatycznego przywódcę – Mašeraŭa. Z nim również kojarzono zmiany na lepsze.

Dlatego Białoruski Front Ludowy nie zyskał tak silnego poparcia jak podobne ruchy w krajach bałtyckich czy w Ukrainie. Wszystko to razem mocno wpłynęło również na kształtowanie się idei narodowej, a popularność BNF była nieporównywalnie mniejsza niż Frontów Ludowych w innych częściach Związku Radzieckiego.

Konserwatyzm białoruskiego społeczeństwa zaważył zarówno na wyborach z 1994 r., jak i na dalszych losach kraju.

Gdy w Białorusi zaczęły powstawać pierwsze organizacje pozarządowe, fundacje, niezależne media i partie, czy istniało przekonanie, że to coś więcej niż tylko lokalne inicjatywy – że to może być fundament nowego państwa?

Potencjał był oczywisty. Stare struktury się rozpadały, a przestrzeń publiczna była niczym pustynia. Na tym tle trzeba było budować od nowa.

Kształtowanie się społeczeństwa obywatelskiego to kluczowy element demokracji. Tyle że w naszym przypadku nie miało ono pola do działania. Proces demokratyzacji w Białorusi okazał się niezwykle krótki, został szybko stłumiony. To drastycznie ograniczyło rozwój tego sektora. Był on na przykład uzależniony od wsparcia zagranicznych fundacji, a nie od krajowych źródeł finansowania.

Długie lata bez realnych wyborów, silna presja, przetrwanie dzięki grantom – czy to oznacza stopniowe wyczerpywanie się społeczeństwa obywatelskiego? Czy w trudnych warunkach miało ono pewną strategię, czy należy mówić raczej o jakimś reaktywnym istnieniu?

Niestety, to drugie. Każda struktura zajmowała się własnym przetrwaniem i swoimi wąskimi celami. Ogólnej strategii – „przez społeczeństwo obywatelskie zbudujemy demokratyczną Białoruś” – nie dało się odczuć. Myślę, że ktoś o tym marzył, ale ogólnie wszyscy byli zajęci sobą. W systemie autorytarnym inaczej być nie mogło: to blokada, hamulec dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

Zresztą, do dziś w Białorusi nie rozpadły się do końca dawne totalitarne struktury. W przedsiębiorstwach drastycznie wzmocniono pozycję zastępców dyrektorów do spraw ideologii, a załogi traktowane są nie tylko jako podmioty gospodarcze, ale też jako jednostki polityczne.

Czy można powiedzieć, że podczas tej krótkiej odwilży demokratycznej sektor obywatelski stawał się czymś w rodzaju „państwa równoległego” – alternatywą dla radzieckich instytucji?

Do pewnego stopnia tak. Czas zepchnął na bok partię komunistyczną i Komsomoł, ale prywatyzacja nie zaszła. Sektor państwowy pozostał dominujący. Stary system ekonomiczny przetrwał, co bardzo mocno ograniczało pole manewru dla nowych instytucji obywatelskich.

2020: kogo i co zmiotła idealna burza

Co się z nami stało w roku 2020? Skąd wziął się ten obywatelski zryw, który w równym stopniu zaskoczył i władzę, i społeczeństwo obywatelskie? Czym był on spowodowany?

Tu mogę się nawet pochwalić. W 2019 r. odbyły się wybory parlamentarne. I pamiętam, jak mówiłem wtedy na debatach: po raz pierwszy od początku rządów Łukaszenki liczba jego przeciwników przewyższyła armię jego zwolenników. Wszyscy się na mnie rzucili: skąd masz takie dane?! Odpowiadałem szczerze: nie wiem, gdzie i kiedy to wybuchnie, ale układ sympatii wyborczych uległ zmianie.

Wybuch nastąpił już rok później. Złożyło się na to zjawisko, które nazywamy idealną burzą: w jednym momencie splotło się kilka kluczowych czynników.

Po pierwsze, COVID: dramatyczna sytuacja i absolutna niekompetencja ze strony władz. Po drugie, realna alternatywa w wyborach: najpierw Capkała, potem Babaryka… W efekcie ludzie o najróżniejszych poglądach i ideologiach politycznych zjednoczyli się wokół jednego hasła: ktokolwiek, byle nie on!

Czyli klasyczny białoruski konserwatyzm w końcu dał za wygraną?

Chodziło o coś innego: o procesy społeczne, które doprowadziły do ukształtowania się klasy średniej. A ta z kolei zapragnęła realnego wpływu na politykę; społeczeństwo chciało stać się podmiotem, a nie przedmiotem polityki. Dojrzeliśmy do tego, by mieć realne prawo wyboru, a nie tylko brać udział w fikcyjnych wyborach.

A jaka była rola społeczeństwa obywatelskiego? Niby niezauważalna, a w rzeczywistości – niczym „kret historii”, przygotowywała grunt?

Tak, społeczeństwo obywatelskie zrobiło bardzo wiele. Jednak spośród wszystkich jego instytucji na pierwszy plan wysunąłbym niezależne media. To one odegrały kluczową rolę w krytycznym momencie. Władza przespała pojawienie się internetu, który zniszczył jej monopol na informację. Niezależne portale, fora i platformy zawładnęły niekontrolowaną przestrzenią cyfrową i zaczęły narzucać publiczną agendę. W taki czy inny sposób z usług portalu Tut.by, innych mediów i blogerów korzystała większość społeczeństwa. Aparat władzy po prostu nie zrozumiał tej zmiany, nie docenił siły i potencjału nowych mediów. Być może dlatego, że sam Łukaszenka nie korzysta z internetu ani komputera – nie pojął politycznej siły nowoczesnej komunikacji.

Natomiast jeżeli chodzi o społeczeństwo obywatelskie jako całość, to w pełni objawiło się ono raczej dopiero w trakcie samych wydarzeń 2020 r. Uderza na przykład ogromna liczba czatów osiedlowych, dzielnicowych czy zawodowych… A jak fenomenalnie okazały się działać kanały na Telegramie?

Demonstracje liczące sto, dwieście tysięcy, a nawet pół miliona ludzi nie mogą pozostać bez echa. Jednak czy nie była to przede wszystkim wspólnota moralna, zjednoczona przeciwko złu, ale pozbawiona wyraźnych celów politycznych?

W tamtej, skrajnie upolitycznionej atmosferze, każdy problem stawał się problemem politycznym. Zarówno fałszowanie wyborów, jak i „wyeliminowanie” z wyścigu Cichanoŭskiego, Capkały i Babaryki, a także bicie ludzi i wiele innych czynników… Wszystko to przybrało formę protestu politycznego, wszystko w tym procesie się zmieniało i stawało polityką.

Wrócę do postaci, które stały się zapalnikiem protestów – Babaryki i Capkały. Może aplauz dla nich to jednak stare białoruskie marzenie o „silnej ręce gospodarza” na czele kraju?

Tak, w świadomości narodowej głęboko siedzi przekonanie: przywódca powinien być gospodarzem, mieć doświadczenie ekonomiczne. Tacy ludzie rzekomo lepiej wyczuwają potrzeby narodu, mogą szybciej zrealizować swoje obietnice.

Tę teorię podważa przykład Cichanoŭskiej!

Tu jest zupełnie co innego: po rozprawieniu się przez Łukaszenkę z wszystkimi realnymi rywalami, ludzie tak się rozzłościli, że zagłosowali na nią – kobietę, która w ogóle nie miała żadnego doświadczenia politycznego i gospodarczego. Nie był to głos za Cichanoŭską, tylko przeciwko Łukaszence.

A można powiedzieć inaczej: w ten sposób broniono prawa do godności, do własnego wolnego wyboru: jesteśmy ludźmi, a nie bydłem, mamy dość, chcemy żyć inaczej!

Można to i tak interpretować. Zwłaszcza że Cichanoŭska mówiła wprost: „Nie zamierzam rządzić – chcę tylko doprowadzić do wolnych wyborów”.

Jednak w Białorusi zawód polityka w ogóle nie jest traktowany poważnie. Lider partii to jakby rola w jakiejś grze. Prezes banku czy dyrektor Parku Wysokich Technologii to już co innego – jest postrzegany jako człowiek czynu. A wiąże się to z tym, że tak naprawdę nigdy nie mieliśmy do czynienia z prawdziwymi, demokratycznymi wyborami.

A czy to nie jest wciąż echo tamtych sukcesów Białorusi, kiedy gospodarka kwitła, a ludzi gospodarskich widziano jak bohaterów?

Oczywiście. Sektor państwowy wciąż stanowi około połowy całej gospodarki. Dlatego głowa państwa to przede wszystkim „gospodarz”. I właśnie dlatego Łukaszenka do dziś objeżdża kołchozy i fabryki, publicznie udzielając reprymend lokalnym dyrektorom. To element jego politycznego teatru i ukłon w stronę elektoratu.

Epilog

Zgodnie z prawami gatunku, wrócę do tego, od czego zaczęliśmy. Przez wiele lat był pan wykładowcą. Wyobraźmy sobie taką sytuację: kolejny wykład o najnowszym okresie naszej historii przed przyszłymi historykami i politologami. Co by im pan powiedział na podsumowanie? Jaką maksymę? Na co poradziłby pan zwracać uwagę, o czym pamiętać, jak żyć i jak na to wszystko patrzeć?

Drodzy, białoruska państwowość jest jeszcze bardzo młoda – ma raptem 35 lat. Ani wzorzec ideologiczny, ani polityczny, ani gospodarczy nie są jeszcze wyraźnie ukształtowane. To wszystko dopiero powstaje. Stąd rola czynnika ludzkiego jest u nas większa niż w krajach o utrwalonych systemach. Możemy – razem z wami – silniej oddziaływać na to, co dzieje się dziś w Białorusi. Dlatego zachęcam: odważnie się włączajcie, wywierajcie wpływ, szukajcie swojej i naszej, białoruskiej drogi!


Projekt został dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.