To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe).
15 listopada 2025 roku (sobota) o godz. 17:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.
Mogliśmy nawet siedzieć na nocniku, rodzice nigdy nie podnosili głosu
Zacznijmy od liryki. Witebszczyzna to białoruskość, która po prostu bije z ziemi: Bykaŭ, Baradulin, Buraŭkin… Gdy człowiek rodzi się w tak pięknych miejscach, a do tego w rodzinie wiejskich inteligentów, to jego droga wydaje się prowadzić prosto do literatury. Ale wyszło inaczej?
Z wykształcenia jestem fizyczką. Chociaż to prawda, tutejsze wzgórza, lasy i jeziora rodzą białoruskich poetów. I jak mogłoby być inaczej z naszymi pogańskimi korzeniami? Nie mogłoby, do dziś wierzę, że kamienie wyrastają z ziemi! Rozum podpowiada, że to niemożliwe, ale logika jest tu bezradna. Z głębi korzeni, z samej natury, rodzi się nasza białoruskość.
W dzieciństwie chroniono panią przed pracą: „Siedź i się ucz – wyjdziesz na ludzi”? Czy tu też było inaczej?
Ależ nie! Trzeba było dużo pracować. Babcia pilnowała, żebyśmy nie wyrośli na leniuchów. „Leń” to była straszliwa obelga. Jestem jednak człowiekiem absolutnie wolnym. Miałam ogromne szczęście urodzić się w typowej białoruskiej rodzinie. Sięgając pięć-sześć pokoleń wstecz, nie znalazłam wśród przodków ani enkawudzistów, ani propagandystów. Sami Białorusini, potrafiący czytać i pisać, żyli z pracy własnych rąk, nie kłaniali się w pas ani przed władzą, ani przed popami, prowadzili uczciwe życie. Krótko mówiąc, typowi Białorusini, dla których wolność to nie puste słowo, ale największa wartość.
Co skłoniło panią ku fizyce? Zwykle to kierunek wybierany przez chłopców. Dziewczęta, jeśli już decydowały się na nauki ścisłe, częściej szły na chemię.
To kolejne stereotypy… Problemy płci są mi obce. Naczytałam się pedagogicznej teorii i wiem jedno: siostrę i mnie wychowywano w nowym, nowoczesnym modelu edukacji – z szacunkiem dla jednostki. Mogliśmy nawet siedzieć na nocniku, rodzice nigdy nie podnosili głosu. Wszystko nam tłumaczyli, próbowali się z nami dogadać, przekonywali, słuchali.
Wydział fizyki na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym (BDU) to moja własna decyzja. Miałam wspaniałą nauczycielkę, Ninel Kašalevič. Wygrywałam olimpiady, do których wtedy nikt nikogo nie przygotowywał… Mama nie była zachwycona, ale z nutą nadziei w głosie skomentowała moją decyzję: „No dobrze, skoro tak postanowiłaś. A może cię wyleją i pójdziesz na normalne studia, na medycynę…”.
Miała pewnie jakiś powód, żeby tak mówić?
Mnie też kusiła medycyna, ale mama przedobrzyła: palnęła, że rektor to „nasz dobry znajomy”, więc „łatwiej się dostaniesz”. No i się uniosłam: „Ach tak?! No to nigdy w życiu!”. Złotą medalistkę obowiązywał tylko jeden egzamin… Poszłam więc na BDU.
To dokładnie naprzeciwko instytutu medycznego! A dlaczego rodzice chcieli widzieć panią właśnie tam?
No bo ich całe życie, można powiedzieć, było związane z biologią: zootechniczka i agronom… A lekarz to przecież z tej samej opery, życie ratuje.
Mamę po studiach chcieli wziąć na aspiranturę, ale ona świadomie wybrała życie na wsi. Mój tata też więcej umie niż len i ziemniaki uprawiać: ileż to on angielskich, francuskich, włoskich parków założył, sadów posadził! Co najmniej dziewięć, jestem pewna. Przeniosą go do innego kołchozu, to odciśnie tam swoje piętno… Wędrowaliśmy, bo rodzice byli wybitnymi specjalistami – mówiąc dzisiejszym językiem, menedżerami kryzysowymi. Mieszkaliśmy w niejednej wsi i bardzo mnie to cieszy: szersza perspektywa.
Te parki powstawały na zlecenie urzędu kultury? Czy to kołchozom, komitetom partyjnym i rejonowym zachciało się piękna?
Jaki tam komitet partyjny? Mojego ojca żadna siła nie zaciągnęłaby do partii! Chciał sadzić, to sadził. Na przykład, mieszkaliśmy przez jakiś czas u pewnej kobiety, która stała się dla nas jak rodzina. I właśnie przy jej domu założył park i sad. Nie wiem, skąd brał drzewa, na przykład błękitne świerki. Kiedy niedawno odwiedziłam swoją rodzinną wieś, o mało się nie popłakałam: nie ma komu dbać o żywą zieleń, wszystko wycięli i postawili palmę. Taką, wie pan, zrobioną z plastikowych butelek…
Ludzie mu pomagali, zrzucali się – czy wszystko sam robił?
Ależ tak, tak! Gdzie byli moi rodzice, tam była i samoorganizacja. Tałaka*. Wiele osób uważa, że dobrze nam się żyło tylko kiedy mieliśmy nad sobą panów albo za komuny, a jak się skończyła, to sami ni cholery nie możemy. Bzdura!
*tałaka – tradycyjna białoruska forma wspólnej pracy i wzajemnej pomocy.
Białoruś to kraj niewidzialnych bohaterów. Całe prawdziwe białoruskie życie w rzeczywistości toczy się równolegle do tego, o czym piszą w mediach. Mamy swoje wartości i prawa. I one nie pojawiły się tu dzisiaj, zawsze były.
Mamę dwukrotnie nominowano do tytułu Bohatera Pracy Socjalistycznej, ale za każdym razem odpadała. Z powodu rubryki w ankiecie dotyczącej jej ojca: zaginął bez wieści w czerwcu 1941 r.
A czy można przerzucić most między botaniką a fizyką i powiedzieć, że to taka tradycja wiejskiej inteligencji – sposób na szukanie prawdy o życiu poprzez naukę? Sprawdzanie swojego potencjału? Manifestowanie godności?
Wykształcenie, podobnie jak wolność, to jedna z naszych tradycyjnych wartości. Po wojnie cała rodzina zbierała ostatnie pieniądze, by przynajmniej jedno dziecko mogło wyjść na ludzi. Tak było i w rodzinie mojej mamy. Wybór uniwersytetu w moim przypadku nie wynikał z chęci wydostania się ze wsi. Absolutnie nie, to była oczywistość.
Jeśli jest gdzie nabierać rozumu – bierz, tak trzeba. A wydział był solidny, można było porządnie wytrenować umysł, by potem czerpać z tego przez całe życie. Jak to się mówi, nie siedzieć na szpilkach, tylko w książkach.
Swoją drogą, podświadomie miałam wystarczająco dużo rozumu, by trzymać się z dala od ideologii. A może ktoś mi w tym pomógł… Kiedyś usłyszałam: „Brawo, dobrze się uczysz, zostaniesz instruktorką w rejonowym komitecie komsomołu!”. Tak mnie to przeraziło, że zrozumiałam: muszę postawić na matematykę, byle jak najdalej od tego!
A jak rodzina patrzyła na ten młodzieńczy maksymalizm?
Mama na swój sposób sprowadzała mnie na ziemię, to była kobieta z charakterem. Była deputowaną do Rady Najwyższej BSRR. Od dziecka wiedziałam, że trafiali tam albo ludzie zasłużeni, albo aparatczycy. Moja mama należała do tych pierwszych – to było wyróżnienie za jej dobrą pracę.
W czasach radzieckich deputowany Rady Najwyższej bez odznaczenia to jak żołnierz bez orderu. Zwykle przedtem miał już jakiś „Znak Honoru”, co najmniej. Pani matka na pewno też nie obeszła się bez takiej uwagi od państwa?
Kiedy mieliśmy w domu przeszukanie, znaleziono różne odznaczenia, medal ciotki – Bohatera Pracy Socjalistycznej, medale ojca i wykrzyknięto: „O, to u was tu porządni ludzie mieszkali!”. „Mieszkali i dalej mieszkają.” – odpowiedziałam.
A kim była ta krewna-bohaterka?
To koleżanka mojej mamy z pracy. Żadna rodzina. Po prostu wspaniała Białorusinka, Hanna Mazała, pracowała przy hodowli świń. Szalenie mądra kobieta. Nie miała własnych dzieci. Kiedy mama przygotowywała się do sesji, ciocia Hanna czytała wszystkie jej książki i notatki. Żyły jak siostry, jedną sprawą, jedną myślą. Całe życie były nierozłączne. Zajmowały się selekcją nowych ras świń i dokonały w tej dziedzinie przełomu. Hannę nagrodzono gwiazdą, a mama dostała Order Czerwonego Sztandaru Pracy. Zgodnie z partyjnym kluczem wyróżnić należało „chłopkę”, nie „inteligentkę”.
Co więcej, ojciec mojej mamy, dziadek Illa, w pierwszych dniach wojny zaginął bez wieści. Niespotykana sytuacja: dwa razy nominowali mamę do tytułu Bohatera Pracy Socjalistycznej, ale za każdym razem odpadała. Z powodu tej samej rubryki w ankiecie: „A co, jeśli z nim coś było nie tak?”.
„Nie przystoi?”
A jakże. „Broń Boże, jeszcze by się trafił jakiś kompromat…” A ciocia Hanna, kiedy wysyłano ją na zjazdy partyjne, często mówiła: „O, no i gdzie nas z twoją matką te świnie wywiodły!”. Przed śmiercią oddała mi medal: „To i twojej matki gwiazda – weź”. Zaczęłam się upierać, a ona: „To sprzedaj, będziesz miała pieniądze”. „Nie no, skoro tak, to zawiozę do muzeum w Lepelu”.
I nieźle wystraszyłam muzealników! „Bierzcie – mówię – przekazuję tak po prostu, bo tylko dwóch Bohaterów mieliśmy w rejonie. Tu macie poświadczenie, tu Order Lenina”. A oni się odżegnują: to przecież „kruszec szlachetny”, trzeba będzie alarm zakładać…
Medal ze złota, a tyle brudu wokół… Jak pani patrzy na to zło ideologicznej czystości? Człowiek zginął za ojczyznę, a zamiast pomnika – pamiętliwa złośliwość, zemsta na, zemsta na jego osieroconej córce… Prześladowanie za przeszłość, segregowanie ludzi na czystych i podejrzanych… Przecież taki system nie mógł przynieść niczego dobrego?
Dziadka wzięli do wojska trzy miesiące przed wojną, niby na ćwiczenia. W domu zostało troje małych dzieci: najstarsze miało pięć lat, najmłodsze – trzy dni, moja mama pośrodku. Myślał, że odpuszczą, jak zobaczą metryki. Niestety… Zdążył wysłać z frontu tylko jeden list: „Stoję pod kulami jak na deszczu. Opiekuj się dziećmi”. I koniec. Babcia mówiła, że z wojny wróciło czterech mężczyzn na całą wieś, w której było dwieście gospodarstw. Nic dziwnego, że w mojej rodzinie nikt nie traktował partii poważnie. Tak: żyli, odstawiając sowieckie rytuały, ale z figą zaciśniętą w kieszeni. Ojciec mawiał: „Nie ma różnicy między popami a komunistami, co cerkiew, to urząd: urodziłeś się – wpiszą do księgi, umarłeś – wykreślą, i tyle!”. Za to niepodległość przyjęliśmy całym sercem.
Może to w tej moralności wybrzmiewa piękno prostoty? Nie ma w sloganach ani nagrodach, ale w tym, jak ludzie żyli: zakładali parki, pomagali sąsiadom, nie zadzierali nosa i trzymali się razem?
Zgadzam się. Ujęłabym to tak: w codziennych gestach, we wspólnocie, nawet w milczeniu. Ludzie lubią mieszać wiejskie życie z błotem, wieś to, wieś tamto… Chcę tylko jedną rzecz powiedzieć.
Mój kuzyn ma adoptowaną córkę. Cała wieś wiedziała, jak długo na nią czekali, jak latami stali w kolejce po dziecko, które zostało odrzucone przez własną matkę. I dopiero gdy moi krewni zmarli, na pogrzebie, przypadkiem dowiedziałam się, że ta dziewczyna, już dorosła, nigdy od nikogo nie usłyszała prawdy, że nie jest ich biologiczną córką… Przez te wszystkie lata nikt nigdy nie wygadał się słowem. Bo: nie nasza to rzecz, nie pchaj się do cudzych spraw. Tym właśnie jest moralność! Nigdy nie zgodzę się z tym, że nasza wieś to ciemnogród, a Białorusi są zawistni…
My jesteśmy jak ci prawdziwi partyzanci: po cichu, ale uczciwie robimy swoje.
Albo inny przykład: na początku lat 90., gdy tylko pojawiło się trochę więcej swobody, w mojej wsi spontanicznie wyłonił się starosta – ludzie sami zaczęli się organizować i wspólnie rozwiązywać problemy: komu pomóc przy sadzeniu ogrodu, jak razem naprawić wodociąg albo kupić traktor. Potem jednak znów nasadzono w urzędach jakichś miernot i zepchnięto te zdrowe inicjatywy do podziemia. Proszę sobie wyobrazić, jak rozkwitłby nasz kraj, gdybyśmy mieli prawdziwą ustawę o samorządach!
Prawdziwa demokracja, poczucie własnej godności, prawa człowieka – jeśli tak chcemy to nazwać – to nasze narodowe wartości, które stanowią nasz kręgosłup i dowodzą, że jesteśmy Europejczykami.
Wszystko, co sztuczne, opada jak jesienne liście i znika z wiatrem czasu
„Edukacja to wartość, wolność to wartość; komunizm – nie, cerkiew – nie… Białoruś – tak!”. Kiedy z takim bagażem życiowym i z tą wewnętrzną, ludową energią przyjechała pani do Mińska na studia, czy anteny pani duszy złapały białoruską falę?
Radziecka szkoła to w ogóle nie jest najlepsze miejsce dla człowieka. To niby łańcuszek Michela Foucaulta: szpital – armia – więzienie. Miejsca, do których trafia się wbrew własnej woli. Instytucje dyscyplinujące, uczące posłuszeństwa. Chodziliśmy do szkoły w sąsiednim garnizonie. Oczywiście, bez języka białoruskiego, z typowymi dla ZSRR rytuałami. I my, dzieci ze wsi, staliśmy się „mniejszością narodową” na własnej ziemi! Chociaż uczyłam się lepiej niż dzieci wojskowych, i tak czułam dyskomfort. Byliśmy obcy – rozumie pan? Nie dlatego, że traktowano nas jawnie źle, ale tam panowały inne zasady, inna hierarchia. My, Białorusini, byliśmy wszyscy równi, a tam istniały kasty: dowódcy, oficerowie, chorążowie… Był nawet podział na tych, którzy służyli za granicą, i tych, którzy nie. Dla nas to było dzikie i nie do zaakceptowania. Dzieci wojskowych były różne, może nie najmądrzejsze, ale za to silne fizycznie. Przy nich czułam się jak ulepiona ze złej gliny.
Za chwilę uniwersytet, a tu sami swoi! Stąd właśnie moje szczęście: z kontrastu. I mało tego, że wszyscy nasi, swoi, zrozumiali, to jeszcze tacy mądrzy: na jednym roku 82 medalistów.
A ogółem?
275 osób, co trzecia z medalem. Same indywidualności. Ktoś znał hiszpański jak własny język, ktoś czytał „jakiegoś tam Freuda” w oryginale, ktoś znał się na jazzie, kogoś fascynowała filozofia, a prawie wszyscy ukończyli szkołę muzyczną… Chłonęliśmy wiedzę od siebie nawzajem i od wykładowców. A jacy to byli wykładowcy! Stanisłaŭ Šuškievič – był dla wszystkich studentów jak swój; Hienadź Karpienka – który tak swoją drogą postawił mi piątkę z „materiałoznawstwa radiacyjnego”. Przyszłe ikony wolności!
Jak się zastanowić, to wydział fizyki był wtedy wylęgarnią antysowietyzmu. A to z niego wyrosła nasza narodowa samoświadomość.
Czy był jakiś epizod, który wszystko ustawił na swoim miejscu?
No choćby taki: nas, studentów fizyki, na drugim roku nie wpuszczono na demonstrację. Nie uwierzy pan, ale ani razu nie przemaszerowałam w „szczęśliwych” kolumnach po głównym prospekcie od pomnika Lenina do placu Zwycięstwa. Bo my to „ludzie ideologicznie niepewni”!
Nieszczęście z tego rozumu: masa krytyczny mądrali w jednym miejscu? Jak fizyka przenika w głąb materii, tak wy – w istotę systemu?
Na BDU był wzmocniony kurs społeczno-polityczny, ale co to da? Do filozofów z ich poziomem krytycznego myślenia nie podchodzono poważnie, historia partii nazywaliśmy śmieszną nauką. Zupełnie inaczej podchodziliśmy do polityczna ekonomia kapitalizmu: podręcznik Rahoŭskiego – to ukształtowało nasz światopogląd. Zobaczyliśmy samoregulację, logikę zasadniczo innego systemu – i w okamgnieniu poczuliśmy różnicę w stosunku do kursu ekonomii politycznej socjalizmu.
To dlaczego nie roznieśliście w pył komunizmu naukowego?
O, komunizm naukowy to już zupełnie inna bajka! Pamiętam, jak wykładowca wchodził do sali, cichutko się rozglądał i – nie uwierzy pan – mówił: „Drodzy, to nie nauka, to bzdura. Dlatego po cichu, głównym budynkiem, omijając dziekanat, chodźmy do domów – zaraz zacznie się mecz!”. Nasze mińskie „Dynamo” było wtedy u szczytu sławy.
Wspaniały ten wasz naukowy komunista! U niego zrobiła pani szkic wewnętrznej dysydencji, a czy zdarzyło się pani zderzyć z otwartym antysowietyzmem, apolitycznością w wyraźnej formie? A może zamaskowanej, ukrytej?
Na trzecim roku byliśmy już nieźle obeznani z polityczną sytuacją. Na naszych kabaretach na całego kpiliśmy z trzech leninowskich „źródeł marksizmu”: odgrywaliśmy scenki, w których Gruzini sprzedawali na bazarze konspekty tych „źródeł”…
Pamiętam, jak śmialiśmy się, gdy umarł Breżniew. Zgoniono dwa roczniki do jednej auli i przed kamerą telewizyjną praktycznie zmuszano nas do płaczu… Zgodnie ze scenariuszem przyprowadzono jakąś kobietę, która na znak reżysera zaczęła zawodzić do kamery – a nam od tego cyrku pociekły prawdziwe łzy, tyle że ze śmiechu.
Zupełnie jak w „Barwach ochronnych” Zanussiego: śmiech nie z radości, ale z absurdu, który przekroczył wszelkie granice.
To film o moralnej deformacji społeczeństwa socjalistycznego, o postinteligenckiej ironii wymierzonej w „świętości”…
Tak, o naszej rzeczywistości, w której tragiczne miesza się z komedią. Dlatego ten system wkrótce się rozpadł. Za jakiś czas w Szkole im. Kołasa, tłumaczyłam uczniom stopnie Celsjusza i przytoczyłam im czterowiersz z „Trzech żółwi”:
Nie było Galileusza i Boba Marleya
Nie było Salvadora Dali.
Ani Lenina, ani Lennona, ani Karla Linnneusza
Tylko trzy żółwie były
I zapytałam: która z wymienionych osób ma związek z tematem naszej lekcji? Klasa humanistyczna zaczęła zgadywać. Znali wszystkich oprócz… Lenina! Patrzyłam na te normalne, inteligentne dzieci i widziałam, że cała ta ideologia zniknie sama, i to bardzo szybko.
Wszystko, co sztuczne, opada jak jesienne liście i znika z wiatrem czasu.
A może, żeby odsunąć fizyków od ruchu narodowego nasyłano „specjalnie przeszkolonych ludzi”?
Kolejna świetna historia! Wróćmy jednak na chwilę do Stanisłaŭa Šuškieviča. Przecież jeszcze w czasach pani studiów zaangażował się w politykę?
W momencie katastrofy w Czarnobylu kierował katedrą fizyki jądrowej i zaraz po wybuchu odwołał wszystkie zajęcia laboratoryjne. Wywiesił ogłoszenie, że można przyjść i zbadać żywność, zwłaszcza tę z Homelszczyzny. Od razu zaczęły się jego problemy, które, jak sądzę, pchnęły go do polityki. Bardzo przeżywałam koniec jego kariery państwowej. Czasem natura hojnie obdarza intelektem, ale nie intuicją – widać Bóg dzieli po równo… Nie bardzo znał się na ludziach. Lgnęły do niego różne typy. Gdyby miał wokół siebie zespół z większym doświadczeniem, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Na zawsze zachowam szacunek dla tego światłego człowieka.
W 1986 r. Szuszkiewicz poszedł w politykę, a pani w naukę. Instytut Elektroniki Akademii Nauk BSRR. Jak tam było? Co tam się działo? Mam na myśli zarówno tło uniwersyteckiej wolności, jak i radioaktywne, czarnobylski cień.
Zajmowałam się analizą rentgenostrukturalną: z grubsza zajmowaliśmy się hodowlą wielowarstwowych półprzewodników i patrzyliśmy, czy rośnie monokryształ, czy polikryształ, jakiej jest jakości i co z tym dalej robić. A promieniowanie… Po katastrofie w Czarnobylu zabrano nam dozymetry, żebyśmy nie mogli niczego mierzyć – ani przy aparaturze, ani w jedzeniu. Niewiele to dało, bo nasza aparatura miała własny, zaawansowany czujnik! Początkowo sprzęt wskazywał podwyższone promieniowanie przy tarczycy, po kilku miesiącach to ustało, za to licznik zaczął szaleć od wątróbki. Podnosiło się i wskazania były po prostu niesamowite!
Ale co mogliśmy zrobić? Nic. Krótko mówiąc, w Akademii Nauk wolności było znacznie mniej niż na uniwersytecie.
I to nie tylko z powodów politycznych: instytuty akademickie aktywnie pracowały dla rosyjskiego kompleksu zbrojeniowego. Zaczęłam przeżywać wewnętrzny kryzys: nie chciałam pomagać wojskowym, których nie znosiłam od czasów szkolnych. A tam produkowano na przykład fotodetektory działające w temperaturach od plus tysiąca do minus dwustu stopni. Oczywiście, do celów „pokojowych”…
Gdy tylko Białoruś odzyskała niepodległość i nadeszła wolność, instytut opustoszał. W ciągu dwóch lat z siedmiuset osób zostało sto dwadzieścia: dyrekcja, sprzątaczki i laborantki. A naukowcy? Jedni poszli w biznes, inni zaczęli składać i sprzedawać komputery – każdy zarabiał na swój chleb.
Mówi pani o zmniejszeniu polityzacji w porównaniu ze studencką wolnością. Ale przecież był z wami chociażby Juryj Chadyka, który odcinał się od ZSRR i zwracał ku białoruskości mocniej nawet niż Zianon Pazniak, prawda?
To zasadniczy moment, trzeba to trochę wyklarować. Jak już wspominałam, mieliśmy poważne zamówienia od sojuszniczego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Dlatego do Mińska kierowano wielu specjalistów z Moskiewskiego Instytutu Fizyczno-Technicznego i Leningradzkiego Instytutu Elektrotechnicznego. Nieprzypadkowo z nadejściem niepodległości społeczność akademicka gwałtownie się podzieliła. Dwa obozy: Rosjanie – i wszyscy pozostali z Białorusinami na czele.
Rosjanie niezbyt pałali chęcią do zmian. U nas na wydziale pracowała mądra kobieta, pochodząca ze Smoleńska (prawie Białoruś), doktor nauk technicznych. I kiedy dawano pensję (połowa starymi radzieckimi banknotami, połowa naszymi „wiewiórkami” i „zajączkami”) – prychała: „Niedługo tu do węży i żab się dojdzie!”. Nienawidziła Białorusi całą swoją imperialną duszą.
A Juryj Chadyka był nasz. Miał ogromny autorytet, który rzutował na działalność Białoruskiego Frontu Ludowego. Zaczęliśmy szanować Chadykę i innych fizyków również za to, że stworzyli w Akademii Nauk muzeum kultury narodowej. Co za pasjonaci! Nie tylko zbierali i ratowali starożytne ikony i rzeźby w rejonie wieteckim – stworzyli też nich wspaniałe hologramy.
Fizyka i liryka – stary temat, ale zdaje się, że w pani przypadku dawno się pogodziły?
Wydaje mi się, że to sztuczny podział. Wiem, że wszyscy dobrzy fizycy to lirycy. Myślę, że i na odwrót. Weźmy chociażby Alesia Bialackiego, naszego noblistę. Formalnie – liryk, literat z wykształcenia, a jego ulubionym przedmiotem w szkole była matematyka. Wahał się między filologią a matematyką. A genialny tłumacz Lavon Barščeŭski? W swoim czasie wygrał olimpiadę z chemii!
Jeśli uznać pierwszych członków Tałaki za liryków, to my, fizycy akademiccy, od razu chwyciliśmy się idei odrodzenia i ją poparliśmy. Moje pokolenie było bliskie członkom Tałaki, słuchaliśmy kaset Sokałaŭa-Voiuša, Andreja Mielnikaŭa, czytaliśmy Kastusia Tarasaŭa. Za czasów studenckich poznaliśmy wielu, którzy stali u źródeł narodowo-demokratycznego ruchu tamtej epoki.
Kiedyś zobaczyłam błędy w ulotkach o Czarnobylu. Powiedziałam: dajcie mi to, fizykowi, do sprawdzenia.
Posłuchali pani, czy machnęli ręką? Nie stront-90 i pluton-239 interesuje ludzi tylko to, czy jest tu gdzie żyć, co jeść i pić?
Puścili mimo uszu, mówiąc: nie ma czasu, trzeba działać! Rzucali: „Spójrzcie na siebie – wasz język jest słaby, historii nie znacie…”. Wielu wtedy poczuło ten chłód i wybrało inne ścieżki: „Dajnowy”, „Mienskija kafli” i inne.
To był jeden z poważnych błędów. Nie byliśmy wystarczająco natarczywi. Myśleliśmy, że jak będziemy potrzebni, to nas zawołają, albo: „A, skoro tak, to niech sobie radzą sami…”. Czasem się zastanawiam: a może to prawda, że odepchnęli nas wtedy „specjalnie przeszkoleni ludzie”? Bo jeśli fizycy potrafili tworzyć prężne firmy i silne małe przedsiębiorstwa, to znaczy, że polityka straciła skutecznych menedżerów. Być może byli słabsi z humanistyki, ale w organizacji byli bezkonkurencyjni.
A jednak ze świata fizyków po jakimś czasie przeszła pani do innego – do Szkoły im. Kołasa. Jak ocenia pani swoim krytycznym umysłem ten eksperyment białoruskiego ducha??
Szukałam wtedy po prostu dobrej, białoruskiej szkoły dla mojego dziecka. Pytałam znajomych z Frontu. A Lavon Barščeŭski mówi: „Ej, Tamara, chodź do nas uczyć fizyki”. „Panie Lavonie, ja nie mam uprawnień pedagogicznych”. A on na to żartem: „Nauczysz ich, żeby nie wkładali palców do kontaktu, i wystarczy”.
Tak naprawdę czuł, że do każdej sprawy podchodzę odpowiedzialnie. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. To Barščeŭski zrobił ze mnie pedagoga, pokazał mi, jak można trzymać przyszłość w swoich rękach.
A co do uroku białoruskiego środowiska… Jest ono naprawdę wspaniałe. Jednak tak jak w naszym Instytucie Elektroniki były dwa typy ludzi, tak i do szkoły z czasem przeniknęło trochę obcych. Widziałam te matki-kwoki, które traktowały szkołę jak trampolinę do emigracji: „Dziecko, pomęczysz się z tym ich językiem, ale za to w Europie łatwiej ci będzie się urządzić, znajdziesz tam męża…”.
A ja, wręcz przeciwnie, mówiłam dzieciom: tylko nieudacznicy wyjeżdżają za granicę. Czy mogłam wtedy pomyśleć, że sama kiedyś znajdę się na wygnaniu? Oczywiście, w szkole jest z kogo być dumnym. Między innymi to na naszych wychowankach trzyma się dziś białoruskość w Białorusi.
Nie można całej grupy zawodowej wrzucać do jednego worka z pomocnikami reżimu – są różni nauczyciele. Nie należy ich demoralizować, znieważać
Czy to wtedy zasmakowała pani w pedagogice i zaangażowała się nawet w tworzenie Towarzystwa Szkoły Białoruskiej?
To zasługa innych wspaniałych ludzi, sprzed stu lat: Branisłaŭ Taraškievič i podobni mu patrioci. A my, ponad dwa tysiące osób, podjęliśmy ich dzieło. Z nami białoruska szkoła zaczęła się odradzać. Stawać się nowoczesną, konkurencyjną i włączoną w ogólnoeuropejską przestrzeń edukacyjną. Zrozumiałam wtedy, że trzeba będzie góry przenosić, bo brakuje kadr, metodyk nauczania, przekładów literatury pedagogicznej. Tak narodził się program „Nauczyciel – szkoła – społeczeństwo”. Zaczęłam zajmować się kształceniem metodycznym i obywatelskim nauczycieli. Ponieważ jakość edukacji w kraju nie może być wyższa niż poziom przygotowania nauczycieli, którzy w tych szkołach pracują.
W TSB mieliśmy też inne kierunki działalności. Szkołę przekształciliśmy w laboratorium naukowo-praktyczne, zajmowaliśmy się też kulturą. Poprzez etnografię i folklor włączaliśmy się w europejską przestrzeń kulturową, nie tylko edukacyjną.
Zobaczyliśmy, jak wiele trzeba zmienić w naszej edukacji: zwolennicy ruskiego miru przywiązali ją do rosyjskiej przestrzeni edukacyjnej, nawet na poziomie terminologii – narzucając swoją pseudonaukową „nowomowę” w stylu „funkcjonalnej piśmienności” zamiast modelu kompetencyjnego, przyjętego w literaturze naukowej. Swoją drogą, najczęściej cytowani u nas rosyjscy autorzy, jak Chutorskoj czy Makarenko, nie są uznawani w świecie nauki. Na Zachodzie znają co najwyżej Wygotskiego, a on przecież urodził się w Białorusi, wykładał w Homlu, i to jego teoria stała się podstawą nowego paradygmatu europejskiej edukacji. To kontrargument dla tych, którzy spoglądają na Rosję i twierdzą, że zachodnie metody nam nie pasują… Przecież one się właśnie tu narodziły!
Towarzystwo Szkoły Białoruskiej przez cały ten czas odzyskuje to, co nasze. I nie chodzi tylko o język.
A jeśli spojrzymy na to z innej strony: nauczyciel to postać ambiwalentna. Z jednej strony sługa systemu, z drugiej – jego potencjalny niszczyciel. Zgodzi się pani z tym?
Coś w tym jest, ale nie zgodziłabym się z tą ambiwalentnością. Widzę tu dwie odrębne wartości. Trudno je harmonijnie połączyć w jednej osobie. O tak.
To weźmy kolejny kategoryczny wniosek, który zapewne słyszała pani, obserwując wybory: że nauczyciele tak mocno zaangażowali się w fałszowanie wyników, że gdyby nagle doszło do lustracji, w szkołach zabrakłoby kadr. To bolesna prawda czy bezpodstawne oskarżenie?
To stereotyp medialny, opierający się na idei: bij swoich, żeby obcy się bali. Obalę go liczbami. Proszę spojrzeć: w sektorze edukacji pracuje 450–500 tysięcy osób, z czego nauczycieli jest około 100 tysięcy, a lokali wyborczych – nieco ponad 5 tysięcy. Oznacza to, że nawet gdyby we wszystkich komisjach zasiadali wyłącznie nauczyciele, stanowiłoby to maksymalnie 5% ich ogólnej liczby.
Byłam niezależną obserwatorką, najczęściej w swoim rejonie w Mińsku. Znam więc te wszystkie sztuczki. Wie pan, ile tam komisji było obsadzonych głównie przez nauczycieli? 4 czy 5 na 44. Nie więcej.
Większość komisji tworzyły zakłady pracy: fabryka silników, chłodnia, Beltelecom, nadleśnictwo… Duża odpowiedzialność spadała też na przychodnie… Fizycznie lokale wyborcze najczęściej znajdują się w szkołach. Dlatego wszystkim się wydaje, że pracują w nich sami nauczyciele. W mniejszych miastach pedagogów jest oczywiście więcej, bo jest też mniej zakładów pracy. Tam jednak tak samo o wszystkim decyduje przewodniczący i sekretarz komisji, a to zazwyczaj ludzie z zewnątrz – z urzędów albo pracownicy ideologiczni.
Nie można więc całej grupy zawodowej wrzucać do jednego worka z pomocnikami reżimu albo nazywać ambiwalentną. Są różni ludzie. I nie należy ich demoralizować, znieważać
Masa nigdy nie dokona tego, co potrafią jednostki. Przypominam, że w szkole jest ze stu nauczycieli, a wspominamy jednego, może dwóch
To jasne, że edukacja narodowa wymaga modernizacji. Co więc należy zmienić?
Treści, metody i system zarządzania. A co najważniejsze – nie czekać z założonymi rękami, tylko zmieniać to, co jest w naszym zasięgu. Na treści programowe mamy ograniczony wpływ, bo układa je ministerstwo. Ale coś tam możemy. Natomiast do systemu zarządzania, mimo naszych najszczerszych chęci, nie mamy zupełnie dostępu. System jest tak skonstruowany, że nie wpuszcza się tam nikogo niesprawdzonego. Pozostają nam więc metody nauczania. One dają bardzo wiele: czasem jedno lub dwa mądre pytania nauczyciela wystarczą, by w młodych głowach wszystko poukładało się na swoim miejscu.
To właśnie dobrze dobrane metody pozwalają kształtować u uczniów odpowiedzialność, wytrwałość, umiejętność samodzielnej nauki i pracy w zespole, cechy przywódcze, życzliwość… Widzi pan, wszystko to, co jest dziś niezbędne na rynku pracy i w aktywnym życiu społecznym. Przez ostatnie 20 lat Towarzystwo Szkoły Białoruskiej wydało dziesiątki książek, w których nauczyciele dzielą się swoimi praktykami rozwijania krytycznego myślenia i postaw obywatelskich. W tym czasie wychowaliśmy pokolenie samodzielnych, inteligentnych ludzi. Proszę zobaczyć, ilu młodych wyszło na ulice w roku 2020! Nie chcę przypisywać sobie zasług i mówić, że to dzięki nauczycielom, ale nie sądzę też, że stało się to bez ich udziału.
90% pedagogów to kobiety. Na swoich barkach niosą szkołę, dzieci, język. I w ostatecznym rozrachunku – prawdziwą Białoruś?
Tak naprawdę na białoruskość składa się wiele czynników, w tym także nauczycielski. Masa nigdy nie dokona tego, co potrafią jednostki. Przypominam, że w szkole jest ze stu nauczycieli, ale wystarczył jeden lub dwóch, by dać motywację, wiarę w siebie i pomóc coś osiągnąć.
Mnie, uczennicę starszych klas, oskarżono niegdyś o „niewłaściwą” postawę polityczną. Wtedy podeszła wychowawczyni: „Tamara, spokojnie. Ja tego nie dożyję, ale ty jeszcze zobaczysz, że z tego wszystkiego będą się śmiać”. Uwierzyłam jej.
Widzi pan: wystarczył jeden autorytet, autentyczny szkolny głos – i narodziła życiodajna siła.
A kobieca twarz białoruskiej szkoły – to słabość edukacji czy władzy?
Barščeŭski mówił otwarcie: „Zatrudniam mężczyzn, nawet kosztem jakości nauczania. Robię to dla równowagi płci”. A słabo jest, naprawdę słabo…
Nie wiem, dlaczego mężczyźni nie chcą uczyć. Oczywiście, zarobki są niskie. Ale czy kobiety nie potrzebują pieniędzy?
Wydaje mi się, że brakuje powszechnego zrozumienia, że to najbardziej wpływowy zawód na świecie. Ja sama przez lata uciekałam od szkoły i dopiero teraz pojęłam, jaką siłę i odpowiedzialność za przyszłość daje praca nauczyciela.
W takim razie, na jakich wzorcach powinna opierać się białoruska szkoła?
Przytoczę tu słowa słowackiego kolegi, który reformował system oświaty w swoim kraju: reforma to zmiana paradygmatu. Dziś ważne jest nie tylko to, by dziecko wiedziało, że pająk ma osiem nóg, ale też by ich nie odrywało. To komponent postawy (attitude) w edukacji decyduje o atmosferze w społeczeństwie.
Proszę pomyśleć o naszych młodych omonowcach, wśród których jest wielu wcale nie głupich ludzi…
To ogromny problem: u nas brakuje szacunku zarówno dla nauczyciela, jak i dla ucznia. Inaczej być nie może, bo w szkole panuje system niemal pańszczyźniany, który blokuje rozwój tego zawodu.
A co zrobili na przykład Finowie? Po prostu „wykupili” od społeczeństwa najlepszych ludzi do pracy w oświacie. I nie należy upraszczać ich podejścia: nie tylko drastycznie podnieśli pensje, ale też zapewnili pełną swobodę w procesie nauczania i zlikwidowali organy kontrolne. Mówią wprost: ufamy naszym nauczycielom. Zamiast kontroli co trzy lata przeprowadza się międzynarodowe badanie PISA, które u nas odbyło się tylko raz. Efekt? Nauczyciel to najbardziej prestiżowy zawód, a poziom edukacji wyraźnie wzrósł. Finowie, Estończycy, Polacy – te systemy edukacji są na razie najlepsze.
A moralny składnik naszej szkoły? Na czym się opiera? Co trzyma tych, których pani zna, z których myślami jest pani obeznana? Jakie procesy zachodzą w środowisku nauczycielskim?
Wszystko trzyma się na entuzjastach. Na profesjonalistach z postawą obywatelską i mniej więcej takim nastawieniem: „póki nie wyrzucili, rób co możesz”. Nie powiem, że jest ich wielu, ale mocno wpływają swoim zachowaniem na przyszłość.
Jednocześnie nie należy zapominać o fenomenie szkolnego milczenia. Jak powiedziała jedna wykładowczyni, teraz już była, milczenie u Białorusinów to nie jest znak zgody. Jest tu też trochę „partyzantki”, gdy po cichu robią swoje, ale społecznie ważne. Moi koledzy w milczeniu wysłuchują ideologicznych wytycznych, a potem po cichu tłumaczą dzieciom, co, jak i dlaczego.
A jednak, kurczę blade, żeby w XXI wieku ukrywać swoje poglądy?! Bać się słowa i prawdy? To straszne, do czego doprowadzono nasz kraj… Niestety, rzeczywistość jest mroczna, pozbawiona wolności. Stąd tyle chorągiewek na wietrze: jak zawieje, tak się ustawiają.
Jednak patrzę na nich i cieszę się, że w naszym języku nie ma nawet takiego słowa jak „czinopoczitanije” [kult urzędu]. To dowód na to, że nie wszystko stracone. Białoruska natura weźmie swoje. Krótko mówiąc: teraz większość to rzeczywiście milczki. Znajdują oporę w entuzjastach. I na tym trzyma się cała edukacja.
Czyli, mimo wszystko, poziom dzisiejszej szkoły nie jest ani dobry, ani tragiczny? I czy ta szkoła, choć pozornie milcząca, tak naprawdę ma swój głos? Czy tętni w niej białoruskość?
Widać to choćby po tym, jak dzieci białoruskich uchodźców politycznych adaptują się w polskich, litewskich czy niemieckich szkołach. Ciągle słyszę od zagranicznych kolegów komplementy i bardzo mnie to cieszy. Bo też miałam w tym swój udział.
Nasze, moje pokolenie jest bardzo szczęśliwe. Dwukrotnie przeżyliśmy radość odrodzenia narodowego. Po raz pierwszy w latach 90. – to był moment, o którym nawet nie śmieliśmy marzyć: niepodległość, własne państwo. Poczuliśmy smak wolności…
Po raz drugi – w roku 2020. Widzę, że jest nas większość. I kropka. Nikomu niczego nie trzeba już udowadniać. Naród się ukształtował. Oto on: wyszedł na ulice Mińska, wszystkich miast, miasteczek i wsi. Nie chowa się już za eufemizmami, za białymi wstążkami czy „dżinsowymi rewolucjami”. Sięga po swoje flagi – i okazuje się, że każdy ma ją w domu. I nieważne, że na chwilę nas cofnięto. Najważniejsze, że mamy pewność, że istniejemy.
Świadomość tego jest kluczowa, bo demokracja to nasza narodowa wartość, nasza natura. Mamy ją we krwi, w tradycji, w modelu rodziny. I nigdzie nam ona nie ucieknie. A państwo dobudujemy.
Projekt został dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.