Andrej Zavadski: Samorządność to antidotum na strach. Jest o samodzielności i dumie

Апошняе абнаўленне: 8 listopada 2025
Andrej Zavadski: Samorządność to antidotum na strach. Jest o samodzielności i dumie

To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe).

15 listopada 2025 roku (sobota) o godz. 17:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.

Gorący styczeń srogiej zimy 1991 r.

Panie Andrej, przejdźmy od razu do gorącego punktu: znalazł się pan w Wilnie, gdy wojska radzieckie próbowały zniszczyć litewską niepodległość. Przypadek? Los?

11 stycznia 1991 r., w piątek, do Anatola Hurynoviča, zastępcy przewodniczącego Mińskiej Rady Miejskiej, zadzwoniło kilku deputowanych wileńskiego samorządu: czy mógłby przyjechać ktoś z mińskich deputowanych, by stać się świadkiem tego, co dzieje się w stolicy Litwy? Anatol wykonał kilka telefonów i już w sobotę rano Hieorhij Kunievič, Mirasłaŭ Kobasa, Uładzimir Dabravolski i ja ruszyliśmy w drogę. Pociągiem dotarliśmy do pierwszej litewskiej stacji Kiena. I stop: radzieccy wojskowi zajęli punkty dyspozytorskie i zatrzymali ruch, więc dalej – samochodem osobowym, który nadarzył się po drodze.

Wilno zostało wtedy wzięte w kleszcze przez specoddziały KGB „Alfa”, desantowców i czołgistów. Czy to nie przeraziło mieszkańców?

Wręcz przeciwnie: ludzie budowali barykady w obronie instytucji państwowych, które dzień wcześniej zaczęli zajmować ludzie z karabinami. Przez cały dzień do stolicy z regionów docierali litewscy patrioci. Autobusy utworzyły wokół parlamentu pierścień, stanowiąc kolejny pas obrony.

Dzień spędziliśmy najpierw w wileńskim ratuszu, a później na spotkaniach z deputowanymi i członkami rządu Litwy. Wieczorem, już po zmroku, niemal do północy staliśmy na barykadzie wzniesionej na alei Giedymina.

A w nocy zaczął się sowiecko-komunistyczny atak: zajęto komitet radiowy na Konarskiego, wieżę telewizyjną w Karolinkach, gdzie zginęła Loreta Asanavičiūtė i kilkanaście innych. Padały strzały, słychać było wybuchy dział czołgowych. A tłumy i tak wylewały się na ulice, pieszo i w samochodach, by bronić swojej prawowitej władzy. Ludzie tworzyli żywe łańcuchy wokół czołgów, śpiewali hymn i pieśni patriotyczne. Przypłacili to obrażeniami lub życiem.

O szóstej rano 13 stycznia przez radio wystąpili przedstawiciele tak Komitetu Ocalenia Narodowego. Stało się oczywiste, że to komunistyczny pucz. Rzuciliśmy się do budynku samorządu miejskiego, aby usłyszeć prawdziwe informacje i oszacować skalę zagrożenia. Podjechał jeszcze jeden miński deputowany, Aleś Suša. Miał kamerę wideo, zaczęliśmy filmować te dramatyczne wydarzenia.

Znów było dużo spotkań, staraliśmy się zebrać jak najwięcej wiarygodnych informacji. Zrobiliśmy nawet wywiad z przywódcami puczystów. Potem figurował on w oskarżeniu w ich sprawie sądowej. Z budynku samorządu byłem w kontakcie ze Stanisłavem Šuškievičem, Alaksandrem Dabravolskim. Anatol Hurynovič, który na placu Lenina organizował nieustający wiec poparcia dla wolnej Litwy, odczytywał na głos moje depesze – dzięki temu mieszkańcy Mińska mieli dostęp do informacji z pierwszej ręki.

Czy 14 stycznia odbyła się zaplanowana sesja Rady Miejskiej Mińska?

To był jeden z tych zdumiewających zbiegów okoliczności! Wróciliśmy w samą porę, więc obrady zaczęły się od naszej relacji z wydarzeń w Wilnie. W efekcie 110 radnych Rady przegłosowało poparcie dla prawowitego rządu Litwy i potępiło pucz. Jestem dumny z moich kolegów: nikt nie był przeciw! Zaledwie 10 osób wstrzymało się od głosu, a kilka nie wzięło w nim udziału.

Był to w całym Związku Radzieckim pierwszy taki akt otwartego wsparcia dla niepodległej Litwy w obliczu krwawych wydarzeń z 13 stycznia.

Radzieckie nazwy stawiały opór – jakby eksmitowano nie litery, a widma

Ale pańskie pożegnanie z ZSRR zaczęło się, jak mniemam, od innych wydarzeń? Może nie tak głośnych, ale za to symbolicznych?

Wyrwanie się z sowieckiej Białorusi ku nowej, niepodległej – nie był to jednorazowy zryw, ale wspinaczka – krok po kroku, szczebel po szczeblu. W okresie mojej deputackiej pracy miałem na przykład zaszczyt uczestniczyć w trudnym, lecz fascynującym zadaniu: przywracaniu stolicy jej historycznych nazw ulic.

Był to znów rok 1991, tym razem maj, kolejny wyjazdu do Litwy. Zaproponowałem Iharowi Čarniaŭskiemu, który przewodniczył komisji kultury i ochrony dziedzictwa, byśmy zajęli się mińską toponimią. Odpowiedział klasycznie: „Wymyśliłeś, to teraz rób”. No to cóż, zebrałem zespół ekspertów, w czerwcu mieliśmy gotowy projekt przywrócenia ponad trzydziestu historycznych nazw w centrum miasta, który po zatwierdzeniu przez komisję trafił do władz wykonawczych.

Pierwsze zmiany, dotyczące najważniejszych symboli tamtej epoki, wprowadzono jednak dopiero 9 grudnia 1991 roku: plac Lenina stał się placem Niepodległości, a aleja Lenina – aleją Franciška Skaryny.

Radzieckie nazwy stawiały opór – jakby eksmitowano nie litery, a widma. Pamięta pan, kto i jak bronił na przykład ulicy Gorkiego?

Nie inaczej. Kiedy przyszła kolej na nią, rozpętały się prawdziwe batalie!  A wszystko to działo się, swoją drogą, w dniu setnych urodzin Maksim Bahdanoviča. Miński Komitet Wykonawczy podchodził do głosowania trzykrotnie i dwa razy nie udało mu się zebrać wymaganej większości – proces blokowała szefowa administracji komitetu, Ludmiła Vałodźkina. Opór urzędników, w większości nieczułych na sprawy kultury, radnym udało się przełamać dopiero w chwili, gdy w Operze trwał już uroczysty wieczór z okazji setnej rocznicy urodzin naszego narodowego wieszcza. Zebrani na ogromnej sali wiedzieli, o jaką stawkę toczy się gra, i z mieszaniną nadziei i lęku czekali na ostateczny wynik debaty.

Jak tylko podjęto decyzję, dosłownie wypadłem z sali, złapałem taksówkę i pognałem do teatru. Na kartce naprędce spisałem listę przegłosowanych zmian i przez kulisy przekazałem ją ministrowi kultury. On podał ją Šuškievičowi, Šuškievič – Hilevičowi. Nił Hilevič wyszedł na scenę i zawołał: „Wspaniała wiadomość! Przed chwilą zapadła decyzja: ulica Gorkiego od dziś będzie ulicą Maksima Bahdanoviča!”. Wszyscy zerwali się z miejsc. Okrzyki, owacje, łzy. Sala zareagowała w ten sam sposób jeszcze dwukrotnie – gdy usłyszała o placu Niepodległości i alei Franciška Skaryny.

Moment, w którym historia zaczęła wracać do domu?

Tak, ale powroty z dalekich podróży rzadko kiedy są łatwe. Przywrócono ulice Kalwaryjską (wcześniej Apanskiego), Rakowską (Astroŭskiego), Wał Miejski (Uryckiego), Słobodę Romanowską (Republikańską). 

Walczyliśmy też o inne historyczne nazwy: Dominikańską, Kojdanowską, Alesia Haruna, Vacłava Ivanoŭskiego, Hleba Minskiego, Podgórną, Garbarską, Szpitalną, Franciszkańską. Zatwardziali miłośnicy sowieckiego porządku jednych oskarżali o kolaborację, innych – o niepożądaną symbolikę. Szło jak po grudzie.

Był to jednak potężny, pełen energii ruch. Budziliśmy miasto jego własną historią. Gdy ulice odzyskują swoje rdzenne imiona, przestrzeń zaczyna przemawiać własnym głosem i staje się żywym Mińskiem, który pamięta, kim jest. Kiedy się narodził, skąd się wziął. Bardzo się cieszę z jeszcze jednej przywróconej nazwy, która wiele lat czekała na swój czas – ulicy Zybickiej. Dziś to kultowe miejsce dla młodych, i nie tylko młodych, mińszczan.

Pomagałem w tej kwestii także mieszkańcom Kołodziszcz: gromadziłem wspomnienia o starych toponimach, agitowałem – i w rezultacie pojawiły się tam nazwy Lipowa Kłoda, Kozia Ścieżka. Żywe świadectwa pamięci narodowej.

Adam orał, Ewa prała, czy rola państwa ich nie zastanawiała?

To, co pan powiedział o mieście, można odnieść i do pana: jakimi ścieżkami doszedł pan do swojej dzisiejszej „ulicy?

Ojciec – fizyk, studiował razem ze Šuškievičem, darzyli się długoletnim wzajemnym szacunkiem. Matka – chemiczka, laureatka Nagrody Państwowej. Choć nie była Białorusinką, tak bardzo czuła Białoruś, że pisała wiersze po białorusku. Jeden z nich, poświęcony Pogoni, wydrukowano w „Litaraturze i Mastactwie” tuż przed referendum w 1995 r. – tak był mocny. To był jej wyraz wierności naszej ziemi.

W mieszkaniu zawsze brzmiał „Głos Ameryki”, BBC, Deutsche Welle. Ciągle słyszeliśmy o innym świecie, gdzie można mówić i słuchać bez obaw. Mocny wpływ. A obok mieszkał Juryj Chadyka – wielki intelektualista, wybitny naukowiec, utalentowany badacz białoruskiej kultury i moralny drogowskaz, jeden z głównych twórców Frontu. Wiele czasu spędziłem w jego mieszkaniu z jego starszym synem, moim rówieśnikiem Alaksiejem, słuchałem ludzi, którzy myśleli swobodnie nie bali się mówić, co myślą. Taka tam szkoła obywatelskości.

Zdaje się, że główna nauka płynąca z takiej szkoły jest prosta, ale dobitna: „Zrób to sam”. Samorząd, którym się pan później zajął, polega przecież na tym, że jednostka i wspólnota biorą na siebie zadania, którym państwo nie potrafiło sprostać. Jak to się zaczęło?

Za symbol można uznać Park Łoszycki: to jeden z pierwszych przykładów, kiedy inicjatywy społeczne zdołały wpłynąć na decyzje władz. Po raz pierwszy poczuliśmy, że nie podporządkowujemy się, a uczestniczymy. Inicjujemy.

Tutaj, rzecz jasna, wychodzimy od Adama i Ewy. Parafrazując słowa angielskiego filozofa z XIV wieku, Johna Balla, i odnosząc je do roli samorządu terytorialnego, można powiedzieć: „Adam orał, Ewa prała, czy rola państwa ich nie zastanawiała?”. Ludzkość o tysiąclecia wyprzedza państwo z jego biurokratycznymi instytucjami poprzez powszechną samorządność lokalną. I w Białorusi zawsze istniało dążenie do takiego podejścia: od „kopy” wspólnoty wiejskiej i „wiecu” w mieście po prawo magdeburskie, z którego, według różnych szacunków, korzystało u nas do 110 miejscowości… Park Łoszycki stał się dla nas, współczesnych, nową formą sprawczości: ludzie obronili swoją przestrzeń i odzyskali fragment miejskiego dziedzictwa.

Zaraz, zwolnijmy trochę: jeżeli Adam orał, to pan historycznie i prawnie, ziarnko po ziarnku, zbierał i pielęgnował łoszycką ziemię, pokazał miastu, jak wielką ma wartość.

A trzeba wiedzieć, że według niektórych białoruskich historyków to właśnie tam, a nie w centrum Mińska, rozegrała się słynna bitwa nad Niamigą. Park ma bogatą historię i symbolikę, ale pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych zaczęto go rozrywać na kawałki: jakiś instytut, kołchoz, nowi biznesmeni… Żadnego porządku, chaos, brud.

Poszedłem do przewodniczącego ówczesnego, jeszcze Leninowskiego Rejonowego Komitetu Wykonawczego: trzeba odciąć przypadkowych dzierżawców, stworzyć jedną osobę prawną, przekazać ziemię zarządowi kultury. On rozłożył ręce: „Papiery tych właścicieli są rzeczywiście w większości lipne, ale są! A ty na razie nie masz nic”.

I się zaczęło – wędrówki po dokumenty, w imię prawa i prawdy. Czy to nie paradoks: walczyć z miastem dla jego własnej korzyści?

Samorządność to nie hasło, a konsekwentna, przemyślana praca. No więc stworzyliśmy projekt renowacji, zebraliśmy wszystko w całość, a nawet odzyskaliśmy fragment terenu przywłaszczony przez kołchoz. Ciężkie, czasem komiczne boje z papierami, ale mamy rezultat: park odrodził się. Teraz może i nie wygląda tak, jak to planowaliśmy, ale nie jest to jakiś zaniedbany zaułek, tylko godne miejsce do wypoczynku. Ludzie spacerują, oddychają, doceniają jego piękno – to już zwycięstwo.

Nie tańczyć, jak nam zagrają, tylko szanować siebie, słuchać głosu sumienia

Odnowa parku jawi się tu jako wzór obywatelskiej sprawczości: chaos zamieniony w porządek, obojętność we wspólnotę. Czy to właśnie zrozumiał pan, że tałaka* może być nie tylko formą pracy, ale sposobem ekspresji i samorządności?

*tałaka – tradycyjna białoruska forma wspólnej pracy i wzajemnej pomocy.

Znacznie wcześniej: od połowy lat 80., kiedy zaczęły pojawiać się różne nieformalne zrzeszenia. Do „Białoruskiej Majstrowni” przyprowadził mnie Alaksiej Chadyka. Tam poznałem Vincuka i Arynę Viačorków, Viktara Ivaškieviča, Siaržuka Vituškę, Anatola Sysa i wielu innych.

W latach 1984–1985 każdy, kto miał ochotę, mógł pomagać przy renowacji Przedmieścia Troickiego. W soboty chwytaliśmy za siekiery, łopaty i młotki, czyściliśmy mury, łataliśmy dachy. To była prawdziwa, żywa tałaka, jednocząca ludzi, którzy marzyli o tym, by przywrócić Mińskowi jego prawdziwe oblicze.

Kiedyś przyjechała ekipa telewizyjna i po raz pierwszy trafiłem przed kamerę. Nie jako jakiś bohater, ale jako jeden z wielu osób, które nie siedziały bezczynnie w domu. To było czuć w powietrzu: robimy coś naprawdę ważnego.

I właśnie tam, na Przedmieściu Troickim, w grudniu 1985 r. założyliśmy jedno z pierwszych nieformalnych stowarzyszeń młodzieżowych – „Tałakę”, na czele której stanął wielki działacz białoruskiego odrodzenia Siaržuk Vituška.

Tak się złożyło, że do wykształcenia technicznego doszło prawnicze, zacząłem wykładać prawo konstytucyjne, administracyjne i komunalne – osiem dyscyplin w różnych latach. Jednak wewnątrz wciąż miałem to tałakowe poczucie odpowiedzialności.

A kiedy wiedza prawnicza przerodziła się w potrzebę zrozumienia, jak mechanizmy działają w praktyce, a nie tylko w teorii? Co trzeba zrobić, by prawo przestało być przedmiotem akademickim i stało się narzędziem samorządności?

Należało zebrać i połączyć wszystkie moje doświadczenia: techniczne, prawne i te z pracy deputowanego. Pracowałem jako ekspert w komisjach Rady Najwyższej uczestniczyłem w licznych projektach związanych z lokalnym aktywizmem. W oświatowym stowarzyszeniu społecznym Fundacja im. Lwa Sapiehy próbowaliśmy na nowo zdefiniować, czym jest władza.

Czyli sprowadzić ją na ziemię? Przekuć wzniosłą, „poprawną” teorię na język codzienności? I jaka wyszła z tego formuła?

Bardzo prosta. Gdy człowiek budzi się rano, nie zaprząta sobie głowy globalnymi problemami, tylko tym, czy ma wodę w kranie, czy kaloryfer grzeje i czy podwórko jest czyste. Zapewnienie ludziom godnego życia – oto prawdziwa i skuteczna polityka.

Ma pan za sobą niezliczoną liczbę wykładów o samorządzie, często powoływał się pan na tradycję prawa magdeburskiego. Jeśli przełożyć ten symboliczny wzorzec na XXI wieku, co jest w nim wciąż aktualne, a co jest już tylko piękną metaforą?

Przede wszystkim należy pamiętać o fundamentalnej lekcji płynącej z historii: człowiek jest istotą autonomiczną, posiadającą wartość samą w sobie. Nie może po prostu tańczyć, jak mu państwo zagra, musi szanować samego siebie i postępować w zgodzie z własnym sumieniem.

Dziś w Białorusi pozornie wszystko zdaje się działać: jeżdżą trolejbusy, otwarte są świątynie, w sklepach niczego nie brakuje. Życia tu jednak nie ma.  Jego miejsce zajął strach. Ludzie się boją, nawet jeśli nie są tego świadomi. A dopóki tkwią w tym stanie, nie mogą być panami własnego losu.

Samorząd to odtrutka na strach. To świadomość własnej samodzielności i godności. Często powtarzam, że ptak ma dwa skrzydła. Jeśli odciąć jedno, nigdy już nie poleci. Tak samo jest ze społeczeństwem: władza państwowa to jedno skrzydło, a samorząd lokalny – drugie. Bez niego społeczeństwo chwieje się i upada.

Gdyby dziś pojawiła się szansa, by uzdrowić tego ptaka, od czego należałoby zacząć? Jakie uprawnienia powinny w pierwszej kolejności wrócić do miasta?

Przede wszystkim – prawo do samostanowienia. Bez uzgadniania, bez planów narzucanych z góry. To może wydawać się błahostką, ale właśnie tu rodzi się odpowiedzialność. 

Czasem doprowadzano samorządność do absurdu: w 1990 r. rada rejonu moskiewskiego w Mińsku ogłosiła przestrzeń powietrzną nad dzielnicą swoją własnością i zażądała opłat za przelot samolotów. Ale był w tym i żart, i objaw: ludzie wolą rządzić sami, nawet jeśli nieudolnie.

W każdym mieście są inne warunki: życie w Szabanach to nie to samo co w Uruczu; Witebsk różni się od Brześcia i pogodą, i mentalnością. Uniwersalne prawo dla wszystkich nie działa. Niestety dzisiejsze prawodawstwo Białorusi i tak wszystko robi na tę samą modłę. Zero przestrzeni, zero samodzielności.

System opresji niszczy odpowiedzialność

To postawmy logiczne, praktyczne pytanie: gdzie zaczyna się prawdziwa niezależność samorządu?

W finansach. Nie można wszystkiego centralizować, regiony muszą mieć miejsce na oddech. W USA już w latach 70. większość ludzi mieszkała w małych miasteczkach i na przedmieściach, bo znajdowali tam dobre warunki, sprawną gospodarkę i autonomię. Mieli wybór, gdzie chcą żyć i co robić. A u nas co roku znika z mapy około stu wsi. To katastrofa!

Żeby to zatrzymać, należy wspierać rozwój małych miejscowości poprzez mądrą politykę gospodarczą: ulgi podatkowe, stwarzanie szans dla biznesu i budowanie przyjaznego otoczenia. Inaczej proces wyludniania będzie trwał.

Obecny system to piramida: administracyjna, terytorialna i finansowa. Dopóki parlament nie uchwali budżetu państwa, swoje budżety blokują obwody; ich zwłoka paraliżuje rejony, a gdy rejony stoją w miejscu, rady wiejskie po prostu obumierają. Chociaż według prawa każdy powinien mieć autonomię. W praktyce jednak panuje całkowita zależność od ludzi na wyższym szczeblu. To system opresji, nie odpowiedzialności. Trzeba go zmienić.

Skoro system opiera się na podległości, to gdzie szukać źródeł samodzielności? W wiedzy, doświadczeniu, a może w fundamencie moralnym? Kto pomógł panu zrozumieć, na czym polega ta wspólna odpowiedzialność?

To było zbiorowe doświadczenie. W Fundacji im. Lwa Sapiehi pracowaliśmy razem z Hieorhijem Kunievičem, Mirasłavem Kobasem, Alesiem Žučkovem i dziesiątkami ekspertów Ktoś jest teraz w Białorusi, ktoś za granicą, dlatego nie będę wymieniać wszystkich.

Czerpaliśmy z doświadczeń kolegów z Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy, Czech, Węgier. W 2001 r. spotkałem się w Krakowie z Jerzym Regulskim, jednym z ojców polskiego samorządu. Powiedział: „Zaczęliśmy przygotowywać reformę 25 lat przed tym, jak zdołaliśmy ją zrealizować”. Ludzie uczyli się, tworzyli programy, przygotowywali kadry, przekonywali społeczeństwo. I kiedy w 1989 r. pojawiła się możliwość, reforma samorządu terytorialnego stała się pierwszą i najbardziej udaną w Polsce.

Właśnie to musimy zrobić: przygotowywać się dziś, nawet jeśli jeszcze nie ma sprzyjającego momentu. Tworzyć schematy, uczyć ludzi, utrzymywać ideę przy życiu. Bo gdy nadejdzie ten dzień, muszą być gotowi ci, którzy wiedzą, jak zrobić wszystko prawidłowo.

Przez wiele lat współpracował pan z europejskim stowarzyszeniem ALDA i innymi organizacjami międzynarodowymi. Co panu dało to doświadczenie?

Zaczęliśmy na przykład organizować konkursy dla małych inicjatyw: każdorazowo napływało do po półtorej setki wniosków z całej Białorusi. Ludzie zgłaszali swoje pomysły, projekty, sposoby na polepszenie życia na podwórku, na ulicy, w mieście. Nie zawsze mogliśmy pomóc, ale sam fakt, że chcieli robić coś ważnego sami, jest bardzo wymowny. To nie było nic sztucznie wywołanego, lecz naturalna potrzeba wzięcia spraw w swoje ręce.

Albo weźmy rok 2020: powstanie wspólnot podwórkowych – tu znów widać zalążek samorządności w akcji. Nikt nie przychodził do nich z zewnątrz, by wydawać polecenia czy udzielać rad. Wyłącznie lokalna inicjatywa, zrozumienie tego, co jest potrzebne właśnie teraz, właśnie tu, na tym skrawku miasta. Ludzie sami urządzali swój mały świat.

Filozofia autorytaryzmu streszcza się w pytaniu: „Kto upoważnił?!”

Deputowani i eksperci, którzy przeszli szkołę BNF i mieli praktyczne doświadczenie samorządowe, stworzyli w 1992 r. Fundację im. Lwa Sapiehy. To nawet dziwne, że dołączył pan później, po roku…

Za to zostałem na trzy dekady! A już na poważnie, warto przypomnieć, skąd w ogóle wziął się ten pomysł. Ludzie z najróżniejszych stron – z Mińska, Witebska, Mohylewa, Grodna, Brześcia, z małych miasteczek, a nawet wsi – pojęli, że w pojedynkę nic nie zdziałają. Drogę do reform można torować tylko wspólnie. To nie były mrzonki ani bujanie w obłokach: wtedy wciąż była żywa nadzieja na autentyczne zmiany w samorządach. Szybko się jednak okazało, że wsparcia potrzebują już nie tyle same reformy, co sam duch demokracji.

A moje opóźnienie wynikało z tego, że praca w Parku Łoszyckim szła pełną parą. Gdy już dołączyłem, na początku zajmowałem się organizacją, ale coraz bardziej ciągnęło mnie w stronę edukacji. Chciałem, by ludzie postrzegali samorządność nie jako termin z podręcznika, ale jako praktyczne narzędzie. Zamiast dawać ludziom rybę, wolałem dać im wędkę i nauczyć łowić.

Pamięta pan chwilę, w której fundacja przestała być pracą, a stała się misją?

Choćby taki. We wrześniu 1993 r. pojechałem do Petersburga na obrady Zgromadzenia krajów WNP. I tam zobaczyłem, że samorządnością zajmują się tysiące ludzi na najwyższych szczeblach. Że to nie jest hobby ani zabawa, ale poważna, strategiczna rzecz. Wróciłem do Mińska przekonany: oto moja droga.

Inny przypadek. W 2001 r. Sąd Najwyższy Białorusi postanowił, że Fundacja im. Lwa Sapiehy „nie ma prawa zajmować się samorządem terytorialnym, ponieważ jest to sfera odpowiedzialności państwa”. Całkowicie absurdalne sformułowanie: my mówimy o niezależności władzy lokalnej, a w odpowiedzi słyszymy bezapelacyjnie, że tym może zajmować się tylko państwo.

Michaił Miasnikovič, człowiek z bliskiego kręgu Łukaszenki, zapytał kiedyś naszego prezesa Mirasłava Kobasa: „A kto was w ogóle upoważnił do zajmowania się samorządem terytorialnym?”

W tym pytaniu o to, kto „upoważnił”, zawiera się cała idea autorytaryzmu. Jak pan to wtedy odczuł: zakaz działania czy powód, żeby zacząć działać intensywniej?

To był szok, ale i wyzwanie, które tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że musimy walczyć. Nie poddaliśmy się…

Choć w tym systemie zdarzały się też wyjątki. 

Tu należy wymienić Miečysłaŭa Hryba. Zawsze otwarty, z trzeźwym, głębokim spojrzeniem na problemy. Ten człowiek doskonale rozumie sens samorządności i wspiera ideę, że władza musi iść z dołu, a nie z góry.

To pomówmy jeszcze o urzędnikach, ale tych z samego dołu drabiny. Fundacja zaczęła w pewnym momencie promować ideę budżetu obywatelskiego. I wygląda na to, że chwyciło, nawet w naszych nieprzyjaznych realiach politycznych. Jak udało wam się przebić do lokalnych władz?

W każdym kraju wygląda to inaczej. Istnieje model, w którym parę procent środków przeznacza się na konsultacje społeczne: ludzie sami decydują, czy wolą plac zabaw, salę gimnastyczną czy renowację parku.

Ale jest też inne podejście, które jest mi bliższe: przekazanie obywatelom choćby jednego procenta budżetu bez żadnych wytycznych. To oni sami określają priorytety i realizują projekty przez własne inicjatywy, organizacje, lokalny biznes czy wspólnoty. Prawdziwa szkoła wzajemnego zaufania.

Okazało się, że nawet w skrępowanej Białorusi, gdzie wszystko przychodzi z trudem, wiele lokalnych władz było gotowych dołączyć, dołożyć własne środki, bo rozumiały: jeśli ludzie sami uczestniczą, to i chronią, i wspierają to, co stworzyli. To wtedy nie jest cudze, tylko ich własne.

Zapewne wrażenie robił też czysto ekonomiczny wymiar takich działań?

Oczywiście. W Europie przekazanie części zadań z centrali na poziom lokalny w ramach decentralizacji przynosi nawet 30% oszczędności. W skali Białorusi mówimy o miliardach. Ludzie, którzy biorą sprawy w swoje ręce, robią to szybciej, taniej i z sercem.

Takie rozwiązania nie osłabiają państwa, jak twierdzi propaganda, tylko je wzmacniają. To jak w rodzinie: gdy wszyscy czekają na rozkazy ojca, nic się nie dzieje. Gdy jednak każdy weźmie na siebie kawałek odpowiedzialności – dom tętni życiem i rozkwita.

To nie nowoczesna gospodarka, tylko feudalizm w nowej odsłonie

Mamy tu do czynienia z sytuacją typu „oczywiste, a jednak niewiarygodne”: choć plusy są dosłownie na dłoni, eksperci twierdzą, że dzisiejsza władza lokalna w Białorusi to nie samorząd, a forma administracji państwowej. To trafna diagnoza?

Zdecydowanie. Lokalne komitety wykonawcze są jak macki ogromnej państwowej ośmiornicy. Wszystkie decyzje zapadają na górze. I dopóki nie ma wyraźnego podziału, o którym mówiliśmy, nic się nie zmieni. 

Państwo nie powinno schodzić poniżej pewnego szczebla, nie powinno mianować lokalnych przywódców, uchylać ich decyzji, zajmować się drobiazgami. Z drugiej strony rady nie powinny być oderwane od struktur wykonawczych. Dziś komitety wykonawcze prawie im nie podlegają – to, można rzec, przykład udanej realizacji absurdu w praktyce państwowej. Uchwały organów przedstawicielskich powinny być realizowane przez tych, którzy ponoszą odpowiedzialność przed mieszkańcami, a nie przed szefostwem w obwodzie czy w stolicy.

Sedno obecnego państwowego zniewolenia tkwi właśnie w kulcie scentralizowanej władzy. 

O tym, że w państwie duńskim coś może być nie w porządku, wie już wielu. A jak wygląda normalny, działający model władzy lokalnej w pańskim rozumieniu?

W proponowanej przez nas reformie kluczowe jest stworzenie zintegrowanego systemu, w którym władza przedstawicielska i wykonawcza współpracują ze sobą, a nie działają przeciwko sobie.

Organ wykonawczy powinien być ciałem technicznym, realizującym decyzje rady, a rada – organem reprezentującym obywateli. I żaden szczebel nie wywiera presji na inny: władze obwodowe nie wtrącają się w sprawy rejonu, a rejon – w sprawy najniższego szczebla. To jak w medycynie: przychodnia, szpital i klinika kardiologiczna mają różne zadania, ale sobie nie przeszkadzają. Kluczowe jest, by odpowiedzialność ponoszono nie przed prezydentem czy państwem, ale przed obywatelami. Bez tego nie będzie ani zaufania, ani skuteczności.

Z pańskiego doświadczenia wynika jednak, że państwo nie przepada za takimi inicjatywami. W 2006 r. nie przedłużono wam umowy najmu lokalu. Czy tak naprawdę nie chodziło o umowę, lecz o ukrytą próbę wyparcia fundacji z przestrzeni publicznej?

Wtedy, przed wyborami lokalnymi, naciski były celowe. Niektórych ekspertów nawet ukarano za udział w naszych programach. A potem w 2020 r. „Sowietskaja Biełorussija” twierdziła, że pod rzekomo czystą, białą, puszystą Fundacją im. Lwa Sapiehy kryją się wszyscy „wrogowie ludu”: „Viasna”, Komitet Helsiński i inni. My, rzekomo, jesteśmy wierzchołkiem góry lodowej. Oto jakie fantazje rodzą się w głowach państwowych propagandystów. To kolejny dowód, że boją się nie polityki, tylko wiedzy, edukacji, inicjatywy narodu.

Gdyby potraktować działalność fundacji jako podręcznik o obywatelskiej aktywności, co z tych lekcji faktycznie weszło w życie?

Wiele. Nie o wszystkim można mówić głośno, by nie narażać ludzi, ale są miejsca w rejonach smorgońskim i oszmiańskim obwodu grodzieńskiego, w czarnobylskich rejonach Homelszczyzny i Mohylewszczyzny, gdzie ludzie i w dzisiejszych warunkach kontynuują samodzielne działanie. Nawet bez grantów i wsparcia. Dlatego, że zrozumieli sens i skuteczność takiej aktywności. Mamy teraz nie tylko „projekt”, a sposób na życie – myślenia i działania.

Wystarczy tylko dać ludziom przejrzysty cel, minimalne uprawnienia – i zaczynają działać. A państwo, przeciwnie, często na wszelkie sposoby przeszkadza. W 2021 r. niektóre projekty przymusowo wstrzymano już na etapie realizacji. Organizacjom nakazano samolikwidację, zamiast je wesprzeć i dokończyć to, co zaplanowano. To robota władzy, która swoimi brudnymi łapami dusi własny kraj.

Pracował pan zarówno w regionach, jak i w Mińsku. Gdzie samorządności łatwiej jest zapuścić korzenie: w małym miasteczku czy w metropolii?

W małych miastach i wsiach. Tam ludzie znają się nawzajem, są starsi ulic i kwartałów, można szybko przekazać myśl, omówić i rozwiązać problem razem. A przy większej skali ważną rolę odgrywają wspólnoty osiedlowe i podwórkowe. Człowiek żyje w swojej przestrzeni i właśnie tam jest gotów działać. W stolicy, jak w każdej metropolii, samorządność zaczyna się od klatki schodowej, od podwórka.

Jakie elementy modelu europejskiego uważa pan za życiowo niezbędne dla Białorusi już teraz?

Zaczynać warto nie od wybieralności, a od decentralizacji. Dopóki władza państwowa ingeruje we wszystkie sfery, od edukacji po gospodarkę komunalną – nic się nie zmieni. Ona musi zajmować się polityką zagraniczną, finansami, bezpieczeństwem. A władza lokalna – edukacją, sprawami socjalnymi, kulturą, miejską infrastrukturą. Gdy tylko wytyczy się taką granicę, można mówić i o wyborze przywódców, i o przejrzystym budżecie.

W Polsce na przykład najbogatszy jest nie szczebel wojewódzki, a gminny, bo właśnie tam pojawia się większość problemów i potrzeb. A u nas wszystko na odwrót: organy obwodowe otrzymują 49% środków, rejonowe – 50%, a rady wiejskie – tylko jeden procent. To za mało na rozwiązanie jakiegokolwiek problemu. Dlatego najniższe szczeble są całkowicie zależne od tych na górze. To nie jest nowoczesna gospodarka, tylko feudalizm w nowej odsłonie.

Bez prawdziwego samorządu, społeczeństwo obywatelskie jest fikcją

Gdyby panu polecono napisać manifest miast lub konstytucję samorządu lokalnego, jakie trzy zasady uczyniłby pan nienaruszalnymi?

Od dawna próbujemy to zrobić. Pierwszą wersję koncepcji reformy samorządowej Fundacja im. Lwa Sapiehy przygotowała już w 1996 r. i złożyła w Radzie Najwyższej. Jej prezentacji podjął się Hienadź Karpienka, ale wtedy nadeszło referendum, próba impeachmentu, likwidacja parlamentu – i wszystko zamarło. To jak zimowa rzeka, która wciąż płynie pod grubą warstwą lodu: zasady, które wtedy spisaliśmy, pozostają aktualne.

Po pierwsze: rozdzielenie kompetencji państwa i samorządu.

Po drugie: odpowiedzialność ponoszona przed obywatelami, a nie przed narzuconą z góry władzą.

I po trzecie: niezależność ekonomiczna, bo bez finansowej wolności nie ma ani wolności politycznej, ani moralnej.

A teraz parę słów o symbolicznym zbiegu okoliczności, a może nawet o znaku od losu.

Ostatnia wersja tego dokumentu powstała w 2023 r. Dosłownie w dniu, w którym stawialiśmy ostatnią kropkę, wpadły do mnie służby i zaczęły konfiskować sprzęt komputerowy. W ten sposób zakończył się kolejny etap pracy, która zajęła trzy dekady.

W tej koncepcji za fundament uznaliśmy zasadę subsydiarności. Oznacza ona, że każdy wyższy szczebel władzy istnieje tylko po to, by wspierać niższy, a nie nim zarządzać. Najważniejszy jest szczebel lokalny. Ten wyżej ma mu pomagać. Jeszcze wyższy – pomagać temu poniżej. A państwo jest tylko dopełnieniem całości. Mówiąc inaczej: człowiek jest panem na swojej ziemi. Nie jest trybikiem w maszynie, lecz podmiotem, który ma prawo decydować o losie swojej wspólnoty.

Ile ustaw należałoby zmienić, żeby to zadziałało?

Ponad trzydzieści. Od Kodeksu postępowania administracyjnego po szereg ustaw specjalnych o formach samorządności i inicjatywach lokalnych. Część trzeba uzupełnić, część napisać na nowo. Ogromna praca, ale już trwa, w tym dzięki moim kolegom w Białorusi i za granicą. Pracujemy przez internet, bez wynagrodzenia, społecznie, ale z poczuciem odpowiedzialności. Ponieważ wiemy, że to przyniesie korzyść. Jeśli nie dziś, to pojutrze.

W gabinetach urzędników zawsze wiszą portrety, od Lenina po Łukaszenkę, a czasem i jakieś „mądre” cytaty w ramkach. Jaki slogan lub aforyzm, pańskim zdaniem, pasowałby do budynków rad miejskich przyszłej Białorusi? Co zamiast „świetlanego oblicza wodza”?

Napisałbym bardzo proste słowa: „Jesteście gospodarzami swojego miasta. Nie bójcie się być gospodarzami!”.

Być może dla kogoś to tylko nudna teoria, ale na pewno nie mnie. Jestem przekonany, że jeśli w kraju nie ma realnego prawa do samorządności, to nie ma w nim i społeczeństwa obywatelskiego. Te dwie rzeczy są nierozerwalnie związane.

Żeby Białoruś stała się prawdziwie europejskim krajem, musi zwrócić ludziom to prawo. Prawo do bycia panem na własnej ziemi. Bez tego wszystkie dyskusje o demokracji i miejscu w Europie pozostaną tylko pustymi frazesami.


Projekt został dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.