
Kim był i jest dla nas Jerzy Giedroyć? Co ‒ oprócz pojedynczych wątków osobistej historii ‒ łączy z Białorusią tego wyraziciela ducha wolności, wybitnego myśliciela i jednego z twórców projektu nowej Europy? Człowieka, który sam siebie nazywał ostatnim obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego…
Giedroyć pozostawił po sobie wspomnienia ‒ „Autobiografię na cztery ręce” ‒ które do dzisiaj nie doczekały się białoruskiego ani rosyjskiego przekładu. Dlatego w tekście przywołujemy ich fragmenty, starając się zachować logiczny ciąg myśli autora. Pierwszoosobową narrację uzupełniają wspomnienia współczesnych i cytaty z wywiadów udzielonych przez bohatera.
«Atmosfera w domu była dosyć biedna»
«Tradycją rodzinną prawie się nie interesowałem. Zajmował się tym głównie ojciec, który miał różne dokumenty, album z fotografiami i dziewiętnastowieczne dagerotypy. Wszystko to uległo niestety zniszczeniu w czasie Powstania Warszawskiego, gdyż zostało zdeponowane przez mego brata Zygmunta w jakimś klasztorze, a poczciwe siostry ze strachu wszystko spaliły. Ojciec rzadko rozmawiał ze mną o przeszłości rodziny, zapewne dlatego, że widział, jak mało mnie to interesuje».
Wielu z nas wydaje się znajome to gorzkie wyznanie młodzieńczego braku zainteresowania własnym rodowodem… Uważny czytelnik dostrzeże jednak w przytoczonym stwierdzeniu coś więcej niż gorycz: odwagę ukazania siebie ‒ figury europejskiego formatu ‒ w sposób daleki od ideału. Giedroyć pisał z rzetelnością kronikarza, gdyż wierność prawdzie zawsze uważał za swój główny obowiązek.
Mimo to wiele szczegółów z jego mińskiego życia musiało zaczekać na odkrycie przez pasjonatów. Na przykład przez długi czas uważano, że mały Jerzy został ochrzczony w tamtejszym kościele św. Rocha na Złotej Górce: w krótkim okresie ostatniego białoruskiego odrodzenia (w pierwszej połowie lat 90. ‒ przyp. tłum.) planowano nawet umieścić tam pamiątkową tablicę. Dopiero ostatnie badania wykazały, że w rzeczywistości chrzest miał miejsce w mińskiej katedrze. Do tego zaś, żeby imieniem wybitnego rodaka nazwać ulicę, przy której się urodził, zabrakło entuzjazmu nawet największym zapaleńcom… A przecież nieistniejacy już dom Giedroyciów stał na skrzyżowaniu głównej arterii Mińska i obecnej ulicy Engelsa. Czyżby niemiecka osobistość również ujrzała w tym miejscu świat? Ale kto wie ‒ być może za jakiś czas dojdziemy w tej kwestii do porozumienia? Tymczasem (dobre i to!) musimy się zadowolić uliczką Jerzego Giedroycia na oddalonym od centrum Mińska osiedlu Brylewicze.
Giedroyć nie raz z dumą podkreślał swoją przynależność i przyjazny stosunek do Wielkiego Księstwa. Nie dziwi to, jeżeli weźmie się pod uwagę korzenie rodu Giedroyciów, silnie zrośnięte z jego dziejami.
«Gdyby ktoś mnie spytał, co jest moją ojczyzną, powiedziałbym, że Wschodnia Europa»
Innym razem zadeklarował: «Ja jestem człowiek wschodni».

Ojciec myśliciela, Ignacy Giedroyć, pochodził z litewskiego rodu książęcego, zubożałego i spolonizowanego, a częściowo również zrusyfikowanego. Nawiasem mówiąc, litewskie słowo giedras oznacza «jasny», «pogodny». Jako arystokrata z urodzenia i demokrata z przekonania Giedroyć senior zrezygnował z tytułu książęcego. Może dlatego jego syn nazwał się po prostu obywatelem WKL. Ostatnim…
Matka ‒ Franciszka z domu Starzycka ‒ była córką jednego z najlepszych mińskich szewców.

Na ocalałej pamiątce rodzinnej ‒ obrączce ‒ wygrawerowano datę: 22 października 1905 r. Niemal dokładnie dziewięć miesięcy później młode małżeństwo powitało na świecie pierworodnego syna, któremu nadano imiona Jerzy Władysław. Bez zagłębiania się w szczegóły rodzinnych koligacji dodajmy, że w jego żyłach płynęła również krew rosyjska i gruzińska ‒ ślad długiej i skomplikowanej historii wielu pokoleń.
«Majątki skończyły się wraz z pradziadkiem Lucjanem, oficerem gwardii w wojsku rosyjskim […]. Po jego śmierci, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, zarząd mieniem objęła rada familijna, która roztrwoniła absolutnie wszystko, tak że mój dziadek został bez niczego, z jakimś maleńkim folwarczkiem koło Smiłowicz, w bardzo trudnych warunkach. Dlatego mój ojciec skończył studia farmaceutyczne i pracował jako aptekarz. Atmosfera w domu była dosyć kryzysowa, dosyć biedna».

«Narkotyzowałem się prochem»
Podobnie jak większość ówczesnych potomków rodzin szlacheckich, Jerzy odebrał edukację domową, która obejmowała między innymi lekcje gry na fortepianie. Nie pałał do nich entuzjazmem, za to dużo i chętnie czytał, czemu sprzyjała jego chorowitość. Z perspektywy lat tak wspominał dom rodzinny:
«Gdybym miał zwięźle scharakteryzować klimat domu moich rodziców, jako jego cechę szczególnie uderzającą wymieniłbym przede wszystkim wielką tolerancję. W domu było dużo książek ‒ dwie wielkie szafy ‒ głównie polskich, ale również francuskich i rosyjskich».
Edukacja nie ograniczała się do książek: uzupełniały ją spotkania i udział w ożywionych dyskusjach, podczas których zacierały się granice narodowe i kulturowe. Stwarzało to jedyną w swoim rodzaju atmosferę porozumienia i wzajemnego poszanowania.
Dorastanie wśród przeplatających się tożsamości w nieuchwytny sposób wykształciło w Jerzym poczucie odpowiedzialności za własne dziedzictwo kulturowe, jednocześnie uczyniło go jednak otwartym na odmienne tradycje.
«W Mińsku mieszkałem do 1916 roku. Jedną z moich ówczesnych zabaw z rówieśnikami było kładzenie się na torach, wzdłuż, rzecz jasna, tak by leżeć pod jadącym pociągiem, dając tym dowód odwagi. Ale ponieważ były to lata wojny, pasjonowało mnie wtedy zwłaszcza wojsko. Przez miasto przechodziły i zatrzymywały się w nim różne oddziały i tabory, niekiedy uderzająco egzotyczne, jak Czerkiesi. Kiedyś jacyś żołnierze, bardzo mili, pozwolili mi wsiąść na wóz i zabrali mnie ze sobą; odnaleziono mnie już kilkanaście kilometrów za Mińskiem i odstawiono do domu, nie zważając na moje protesty. W Mińszczyźnie stacjonowało też wojsko polskie, tj. korpus Dowbora; służyło w nim wielu znajomych i krewnych, którzy bywali w domu i których często spotykałem. Dzięki nim zetknąłem się z legendą Piłsudskiego […]. Wtedy właśnie zaczęła się moja fascynacja [jego] postacią».

Z różnorodnością postaw duchowych, która później stanie się jednym z głównych tematów jego myśli, jedenastoletni Jerzy zetknął się również w Moskwie, gdzie pojechał, aby kontynuować naukę w Gimnazjum Centralnego Komitetu Polskiego. Napotkał tam nowy krajobraz kulturowy oraz nieznane mu dotychczas grupy etniczne i religijne. W 1917 roku silne wrażenie wywarła na nim rewolucja lutowa.
«Uderzały mnie objawy sympatii dla Polski. Kiedy ułani Dowbora przyjechali odbierać jakieś polskie sztandary z Kremla, widziałem, jak tłum dosłownie niósł tych ułanów z końmi na rękach».
Jerzy przerwał naukę i na własną rękę pojechał do Petersburga, gdzie mieszkał jego stryj. Wyprawa przez niespokojną Rosję oraz bezskuteczne poszukiwania krewnego zajęły mu kilka tygodni.
«Z Moskwy do Petersburga jechało się wtedy rzemiennym dyszlem: pociągiem na gapę, jakimś transportem, ciężarówką. Było to bardzo zabawne. Wszędzie leżała porzucona broń, więc zbierałem bagnety i jakieś inne części uzbrojenia. Narkotyzowałem się: gdy odkręcało się gilzę od karabinu, to proch miał zapach karmelków i ja ten proch wąchałem. Wtedy też zacząłem palić».
Stryj Wiktor zniknął gdzieś w wirze rewolucji, więc chłopiec wybrał się w drogę powrotną do Mińska. Tam był świadkiem kilku zmian władzy. Wreszcie rodzina postanowiła przenieść się do Polski, która dla krewnych Jerzego miała okazać się ostatnim schronieniem.
«Już po wojnie dowiedziałem się, że rodzice zostali zamordowani w czasie Powstania Warszawskiego. Matkę z ciotką Elą rozstrzelano, ojciec został zastrzelony na ulicy w bliżej nieznanych okolicznościach».


«Idea jednonarodowej i jednowyznaniowej Polski była nie do przyjęcia»
«Warszawa w roku 1919 zrobiła na mnie wrażenie miasta nudnego i biednego: na ulicach widziało się ludzi w drewnianych trepach i wszystko wyglądało mało pociągająco. Nie tylko na tle Moskwy. Również na tle Mińska».
Wstrząsy rewolucji rosyjskiej i niemieckiej okupacji odbiły się przedwczesną dojrzałością Jerzego. Nudził się w towarzystwie rówieśników, nie lubił się uczyć: poprawka z matematyki i zoologii o mało nie skończyła się nawet wyrzuceniem z gimnazjum, a w najlepszym wypadku powtarzaniem klasy. Nie odnalazł się też w działalności społecznej: zapisał się wprawdzie do harcerstwa, ale wyrzucono go za palenie.
Nie wiadomo, do czego doprowadziłyby te młodzieńcze rozterki, gdyby nie wybuchła wojna polsko-bolszewicka.

Mimo młodego wieku Giedroyciowi udało się zgłosić do wojska na ochotnika. Chłopcu przydzielono stanowisko telefonisty w sztabie Dowództwa Okręgu Generalnego w Warszawie ‒ wymagające samodyscypliny i silnego poczucia obowiązku. Po rozbiciu armii Tuchaczewskiego Giedroyć wrócił do gimnazjum jako bohater, więc natychmiast odpuszczono mu wszystkie grzechy nieuctwa ‒ egzamin poprawkowy okazał się symboliczny. Później dzięki większej pilności jego sytuacja szybko się poprawiła we wszystkich przedmiotach poza matematyką. Tego ostatniego z perspektywy czasu żałował.
Tymczasem Jerzy został przyjęty na Uniwersytet Warszawski: studiował najpierw prawo a później historię. Silny wpływ wywarły na niego rygorystyczne standardy akademickie i liberalne idee, które przenikały środowisko studenckie. Ponieważ podwaliny zostały już położone, zakorzeniły się one bardzo szybko.
«[W] domu panowały poglądy bardzo ostro antyendeckie. Decydująca była tu zapewne kresowość naszej rodziny, dla której endecki model Polaka-katolika był po prostu nie do przyjęcia, jak nie do przyjęcia dla niej była idea Polski jednonarodowej i jednowyznaniowej».
Mieczysław Pruszyński, który wraz z Giedroyciem należał do kierownictwa Związku Akademickiego „Myśl Mocarstwowa”, pisał, że organizacja «opowiadała się za państwem wielu narodów i religii, zgodnie z tradycjami Polski Jagiellonów». Jak twierdził: «Przemawiała do nas idea prometejska Piłsudskiego (której nie mógł zrealizować w 1920 roku) utworzenia sprzymierzonych z Polską niepodległych republik: Ukrainy, Litwy, Białorusi, Gruzji, Kaukazu (…)».
Giedroyć jako student nie tylko nasiąkał wiedzą ‒ odczuwał pociąg do samodzielnego tworzenia nowych znaczeń oraz ich propagowania. Erudycja łączyła się w nim z wyraźnie już ukształtowanym charakterem wojownika i silną indywidualnością. Dlatego młody człowiek nie bał się bronić swojego zdania w dyskusjach o literaturze i polityce. Wreszcie nie tylko zaangażował się w działalność opozycyjną, wszedł do warszawskiego środowiska intelektualnego, ale i szybko stał się liderem grup i prekursorem idei.
Przede wszystkim przejawiało się to w jego działalności prasowej. Giedroyć współpracował z wieloma redakcjami, ale w owym czasie tytułem najbardziej dla niego istotnym był „Bunt Młodych”. Nie ulega wątpliwości, że nazwę wybrano wymowną. W owym czasie doskonale odzwierciedlała nastroje Jerzego i jego kolegów. Pismo poruszało problemy prawa młodzieży do samookreślenia oraz jej roli w polityce i kulturze. Giedroyć konsekwentnie szerzył idee liberalizmu, demokratyzacji społeczeństwa i wolności kulturalnej.

W latach 30. XX wieku relacje Warszawy z sąsiadami naznaczyły ostre spory terytorialne. W takich okolicznościach krytykowanie prowadzonej przez kraj polityki wiązało się z ryzykiem i było przejawem obywatelskiej odwagi, a mimo to Jerzy i jego pismo nie wahali się bronić praw mniejszości.
«Przemyślanej polityki państwa nie widziałem przez cały czas mego życia politycznego w Polsce międzywojennej. Weźmy problem białoruski, którym zajmowa[ło] się (…) wiele (…) osób w Wilnie. Walczyli oni z administracją, która zlikwidowała jedyne gimnazjum białoruskie, jakie istniało. Było pismo literackie, to zamykano je i trzeba było stale walczyć w Warszawie, by pozwolono mu istnieć, gdyż nie sposób było przekonać o tym Urzędu Wojewódzkiego».
Redaktor pomagał innym i nieugięcie bronił swojego stanowiska. Wyrastał na nietuzinkową figurę. W tym samym czasie porzucił niektóre ze swoich poprzednich pomysłów, uświadomił sobie inne, i parł naprzód. Rozczarował się na przykład obecną w Polsce formą parlamentaryzmu. Osobną kwestią stała się historia buntu Piłsudskiego w 1926 roku, kiedy część wojska wystąpiła przeciwko rządowi.
Jerzy od dawna sympatyzował z Marszałkiem, ale bliskie mu były również poglądy Narodowej Demokracji, więc bez większego wahania pospieszył bronić porządku konstytucyjnego. Na miejscu gorliwy młody człowiek zobaczył jednak chaos i panikę rządzącej elity, przeciwstawioną doskonałej organizacji i bezpośredniemu wsparciu znacznej części społeczeństwa dla przewrotu.
«Zamach majowy był dla mnie konfliktem bardzo dramatycznym. Byłem wprawdzie piłsudczykiem, ale zarazem miałem bardzo mocne poczucie legalizmu. Legalizm zwyciężył. Pierwszego dnia wydarzeń, wraz z kilkoma kolegami, poszedłem do Belwederu. Wchodziło się tam jak do młyna. Dano mi jakiś karabin i kazano stać na warcie od strony Łazienek. A Stanisław Grabski chodził od jednego z nas do drugiego i powtarzał: „Przecież to jest bez sensu, my nie możemy się tu utrzymać”. I to mówił szczeniakom, studentom. Zrobił na mnie takie wrażenie, że nazajutrz wróciłem do domu. Wyleczyło mnie to zupełnie z parlamentaryzmu […]».
«Zmieniliśmy nazwę z „Buntu Młodych” na „Politykę”»
W oparciu o redakcję Jerzy z kolegami zaczęli jeszcze bardziej energicznie niż dotąd budować swój program polityczny i kulturalny, osnuty wokół idei wielonarodowości i otwartości. To właśnie wówczas Giedroyć uświadomił sobie ostatecznie, że sednem polityki narodowej musi być nie izolacja, a zbliżenie między narodami.
Założenia teoretyczne umacniała praktyka: równolegle z kierowaniem redakcją Jerzy przez dziesięć lat pracował w ministerstwach: Rolnictwa a następnie Przemysłu i Handlu. Dzięki temu zyskał niezbędne doświadczenie w zakresie gospodarowania i organizacji, nawiązał nowe kontakty i przyjaźnie nie tylko z polską elitą gospodarczą, ale również z wpływowymi osobistościami z Ukrainy, Litwy i Białorusi. Zgłębiał też historię dawnej unii dwóch państw. Ugrupowanie Giedroycia stopniowo budowało swoją pozycję społeczną.
«[P]rzywiązanie do praworządności współwystępowało u mnie zawsze ze skłonnościami rewolucyjnymi; godziłem jedno z drugim na różne sposoby, zależnie od wymogów chwili. Jednak nawet wtedy, gdy usprawiedliwiałem działania niekonstytucyjne czy sam usiłowałem je podejmować, miałem na widoku naprawę państwa, uczynienie go lepszym, bardziej sprawiedliwym, bardziej logicznym».
Mimo że od dzieciństwa Giedroyć deklarował przychylność do Piłsudskiego, której miał pozostać wierny przez całe życie, na łamach „Buntu Młodych” nie wahał się coraz bardziej krytykować polityki sanacji. „Góra” próbowała w odpowiedzi doprowadzić do bojkotu czasopisma, ale w rezultacie przyczyniła się do wzrostu jego popularności. (Nasuwa się paralela z historią prześladowań niezależnego białoruskiego ruchu wydawniczego w drugiej połowie lat 90.)! U szczytu popularności redaktor, który mówił o sobie jako o „wewnętrznej opozycji w obozie rządzącym”, zrobił kolejny nieoczekiwany ruch…

«Nazwę „Bunt Młodych” zmieniliśmy na „Polityka”, bo uważaliśmy, że przestajemy być młodymi. Zresztą miałem wtedy projekty szerszej działalności politycznej: liczyłem na stworzenie klubu parlamentarnego. Nie chcieliśmy tworzyć partii, ale zamierzaliśmy wystawić kandydatów na posłów».
Pomysł wykorzystania popularności „Polityki” do walki o miejsce u władzy, a później, za pośrednictwem politycznego lobby, do wcielania w życie wypracowanego programu, przerwała kolejna wojna światowa.
W pewnym sensie ta okoliczność uratowała redaktora przed możliwymi represjami za odmienny sposób myślenia: po Warszawie krążyła pogłoska, że za publikację antyrządowego artykułu zatytułowanego „Kirow a Pieracki” Giedroyciowi groziło wysłanie do Berezy Kartuskiej, obozu koncentracyjnego dla internowanych bez wyroku sądu wrogów reżimu.
Jerzy Giedroyć: «Miejsce w historii i wieczna sława».
Nagroda imienia Jerzego Giedroycia, najważniejsze wyróżnienie literackie Białorusi, przypomina nam o sile słowa i wpływie, jaki wywiera ono szczególnie w najtrudniejszych momentach historii, choćby obecnie, gdy jedni utalentowani twórcy zmuszeni są do emigracji, a inni, choć pozostają w kraju, podlegają ograniczeniom cenzury reżimu. Rola tej nagrody nie ogranicza się do wyróżniania talentu. Ma wzywać pisarzy do walki o pełnowartościową sztukę i prawdę życia nawet wówczas, gdy wydaje to się niemożliwe.
Mogą oni szukać inspiracji u sławnego autora „Autobiografii na cztery ręce”, nieprzetłumaczonej dotąd ani na białoruski, ani na rosyjski. Skorzystajmy z niej zatem, podążmy śladem wspomnień Jerzego Gedroycia, uzupełnijmy je świadectwami współczesnych i fragmentami tekstów publikowanych w legendarnym czasopiśmie „Kultura”.
«Nadejdzie czas, że nasze książki będzie znał każdy nowoczesny Polak»
Rok 1939. Kolejny sprawdzian niezłomności obywatelskiej i szlacheckiej godności zaczął się dla Giedroycia od pilnej ewakuacji ministerstwa, w którym pracował, do neutralnego Bukaresztu. Niebawem Rumunia dołączyła do koalicji hitlerowskiej. Jerzy zamienił wówczas oficjalne stanowisko osobistego sekretarza polskiego ambasadora na rolę przywódcy specjalnej podziemnej grupy, która miała reprezentować interesy państwa. Ważne negocjacje prowadzono w tajemnicy w wynajętych mieszkaniach, hotelowych barach i cichych kawiarniach.

Kiedy zaczęło się robić gorąco, angielscy dyplomaci pomogli Jerzemu przedostać się do Stambułu. Pracę w podziemiu zastąpiła służba wojskowa. Wraz z Brygadą Strzelców Karpackich walczył w Libii, Iraku, brał też udział w 240-dniowej obronie Tobruku, miasta portowego w północnej Afryce. Zupełnie niespodziewanie przydał się talent literacki podporucznika Giedroycia: został mianowany kierownikiem Wydziału Czasopism i Wydawnictw Wojskowych Drugiego Korpusu Polskiego generała Andersa.

2. Jerzy Giedroyć (drugi od lewej) w towarzystwie żołnierzy Brygady Karpackiej, Libia, 1941-1942 r. Zdjęcia z archiwum Instytutu Literackiego.

W listopadzie 1944 roku wraz z sojuszniczymi wojskami Jerzy Giedroyć znalazł się w Rzymie. Tam po kapitulacji Niemiec założył wydawnictwo Instytut Literacki ‒ z myślą o przyszłości, bo było jasne, że zdeklarowani zwolennicy Andersa nie będą mieli czego szukać w powojennej Polsce. Nawiasem mówiąc, na kierownika nowo powołanej instytucji wyznaczył Giedroycia sam generał. Również za jego przyzwoleniem w 1947 roku Instytut przeniósł się do swojej ostatniej siedziby we Francji, do Maisons-Laffitte pod Paryżem ‒ stamtąd łatwiej było współpracować i z polską emigracją polityczną, i z opozycją wewnętrzną w kraju. Wówczas przy wydawnictwie zaczęło też wychodzić czasopismo „Kultura”.

Jak pracować? Za pośrednictwem słowa drukowanego. Ukierunkowanych, aktualnych, przemyślanych tekstów. Zdolnych budzić i oświecać nie wyizolowaną grupę, ale cały naród.
«Proces myślowy (…) doprowadzić musi w konsekwencji do urządzenia życia polskiego na zasadach równouprawnienia politycznego, sprawiedliwości społecznej i poszanowania praw i godności człowieka. Idą czasy, gdy książki, jakich (…) dostarczy czytelnikowi Instytut Literacki, znać będzie musiał nie tylko każdy działacz polityczny i społeczny, ale każdy współczesny, kulturalny Polak».
Urzeczywistnienie sformułowanego w ten sposób ambitnego celu wymagało olbrzymich wysiłków. Trzeba było dobierać współpracowników, pozyskiwać autorów i zasoby. Redaktor dosłownie w każdym aspekcie zaczynał od zera. Wśród tych, którzy pomagali mu przezwyciężać ogrom problemów, znaleźli się przede wszystkim jego białoruscy rodacy ‒ bratankowie legendarnego mińskiego prezydenta, hrabiego Karola Czapskiego ‒ pisarz i malarz Józef Czapski oraz jego siostra Maria, doktor filozofii. Żeby właściwie ocenić wartość tego wieloletniego sojuszu należy nadmienić, że prezydent Francji Charles de Gaulle po dojściu do władzy zadeklarował, że drzwi jego gabinetu będą zawsze otwarte dla trzech Polaków: generała Andersa, Kajetana Morawskiego i właśnie Józefa Czapskiego.


Równolegle z wydawaniem książek wyróżniających się pisarzy i wybitnych współczesnych myślicieli, ukazywało się też czasopismo „Kultura”. Dla polskich patriotów szybko stało się magnesem, przyciągającym najwybitniejsze siły intelektualne i twórcze całej demokratycznej Europy.
Na wydawane przez Giedroycia i jego zespół publikacje było ogromne zapotrzebowanie zarówno w ośrodku emigracyjnym, jak i w kraju. Warszawskie władze nie szczędziły starań, żeby zerwać tę duchową więź. Rewizje w mieszkaniach dysydentów, konfiskaty, zakazy cytowania oraz prześladowania autorów „Kultury” i tych, którzy próbowali nawiązać kontakt z redakcją ‒ wszystkie te metody są bardzo dobrze znane współczesnym białoruskim czytelnikom. Dochodziło również do procesów sądowe. Żeby przytoczyć najbardziej znany przykład przypomnijmy sprawę „taterników”, młodych ludzi, którzy koordynowali nielegalny przerzut publikacji przez granicę w Tatrach.

Mimo to kolejne numery pisma oraz książki od Redaktora niczym uparta źródlana woda wciąż przesączały się do Polski. Często dla bezpieczeństwa przewożono je jako Biblię albo maskowano fałszywymi okładkami. Strumyczki płynęły, a lodowy pancerz władzy stawał się coraz bardziej kruchy.
Warto przytoczyć wymowną statystykę: za życia Giedroycia ukazało się 637 numerów „Kultury”, 134 numery „Zeszytów Historycznych” i 512 książek.
«Trzeba umieć zachowywać zasady i zmieniać poglądy»
Nie tylko problemy organizacyjne stwarzały trudności. Bodaj jeszcze bardziej paląca stała się kwestia bezkompromisowości twórczej i intelektualnej. Sam Giedroyć nie pisał wiele, ale kogo i co drukował! Ukazaniu się niemal każdego numeru towarzyszyły czy to gorące dyskusje, czy burzliwe skandale, wywołane różnymi publikacjami.
Klasyczną w tym rozumieniu, i jedną z ważniejszych spraw, która miała trwałe następstwa, była kwestia listu księdza Józefa Majewskiego, w którym wyraził następującą myśl: «Tak jak my Polacy mamy prawo do Wrocławia, Szczecina i Gdańska, tak Litwini słusznie się domagają Wilna a Ukraińcy Lwowa (…). Niech Litwini, którzy gorszy niż my los przeżywają, cieszą się swym Wilnem, a we Lwowie niech powiewa sino-żółty sztandar».
Z takimi tezami wystąpiono wówczas, gdy emigracja chciała odbudowy Polski wyłącznie w przedwojennych granicach! Zrezygnować z pretensji terytorialnych do utraconych Kresów? Z jakiej racji?! Za nic w świecie! Na każdym kroku czuło się atmosferę przyśpiewki:
Jedna bomba atomowa,
i wrócimy znów do Lwowa.
W takich warunkach porwać się na radykalne naruszenie tabu to niewybaczalne świętokradztwo!
„Kim on jest, ten Giedroyć?”; „Kosmopolita bez korzeni!”; „Zdrada, hańba!”…
Przed ukazaniem się słynnego numeru różne ugrupowania polskiej emigracji o charakterze demokratycznym, biorąc pod uwagę sytuację, dosłownie błagały Giedroycia, by nie publikował tego listu: pana redaktora zabiją szowiniści a od pisma odwrócą się czytelnicy!
Redaktor słuchał, otwierał nową paczkę papierosów, uśmiechał się, palił, a wreszcie odpowiadał:
«Z całym szacunkiem panowie, sądzę, że nie macie racji. Jestem głęboko wdzięczny za przestrogi, ale sami zobaczycie, że się nie sprawdzą».

Numer ukazał się, a ataki rzeczywiście nastąpiły, choć obyło się bez strzelaniny. „Kultura” obstawała jednak przy swoim, nie zgadzała się na kompromisy i nie ulegała zwolennikom nacjonalistycznych fobii. Redaktor następująco odpowiadał na miażdżącą krytykę:
«Polska może odzyskać i utrzymać byt niepodległy tylko w ramach sfederalizowanej całej Europy. Twierdzimy, że prawo do udziału w przyszłym europejskim federacyjnym związku mają nie tylko narody, które tworzyły niepodległe państwa w r. 1939, lecz również Ukraińcy i Białorusini».
Jednocześnie w dalszym ciągu naginał swoją linię polityczną, precyzował ją:
«Naszym głównym celem powinno być znormalizowanie stosunków polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich, przy jednoczesnym bronieniu niepodległości Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich, i przy ścisłej współpracy z nimi. Trzeba zrozumieć, że im mocniejsza [będzie] nasza pozycja na Wschodzie, tym bardziej będzie się z nami liczyć Europa Zachodnia».
Ostatecznie polska postępowa większość uznała kluczowy warunek niepodległości swojego państwa, postulowany przez Giedroycia i jego zespół: nie wystarczy z godnością zaakceptować utraty Wilna i Lwowa, trzeba również uznać i wesprzeć państwowość Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Tak dokonała się największa rewolucja w świadomości politycznej całego narodu.

2. Uroczystość przyznania Jerzemu Giedroyciowi (w środku) honorowego obywatelstwa Litwy, 1997 r. Zdjęcia z archiwum Instytutu Literackiego.
Czesław Miłosz podkreślał, że dzięki pracy Jerzego Giedroycia polski etnocentryczny sposób myślenia już nigdy nie uzyska przewagi, bo narody dawnej Rzeczypospolitej we wzajemnych kontaktach zaczęły opierać się na zasadach naprawdę godnych i możliwych do przyjęcia dla wszystkich.
Nawiasem mówiąc, na przykładzie relacji dwóch wielkich postaci ‒ Poety i Redaktora ‒ wyraźnie wybrzmiewają nie tylko polityczne, ale i osobiste wartości Jerzego Giedroycia.
«Miłosz wywołał jednak większe namiętności niż ktokolwiek. (…) Gdyby Miłosz ukorzył się przed emigracją, gdyby bił się w piersi, to prawdopodobnie stosunek do niego byłby zupełnie inny. Ale on z miejsca zajął stanowisko antyemigracyjne. Mnie również artykuł „Nie!” bardzo się nie podobał, ale uważałem, że musi być zamieszczony, żeby Miłosz mógł się wypowiedzieć i sprecyzować swe stanowisko. (…)
Do spotkania doszło, gdy w panice zjawił się w Maisons-Laffitte i powiedział nam, że musiał opuścić ambasadę – właściwie: uciec; pytał, czy może u nas zamieszkać i czy możemy odebrać jego rzeczy, gdyż bał się wrócić do swego mieszkania. Ale dla Miłosza przez cały czas byliśmy dobrymi faszystami, jakbym to w skrócie powiedział. (…) Mój stosunek do niego wynikał z przekonania, że jest on wielkim poetą – zawsze byłem pod wrażeniem jego poematu „Ocalenie” – co sprawia, że jest naszym obowiązkiem zajęcie się nim, nie zważając na jego złośliwości i na wypowiedzi określające drukowanie na emigracji jako składanie skarbów do dziupli; ostatecznie ta dziupla okazała się całkiem skuteczna, i to nie tylko dla niego».

„Kultura” nie ograniczała swojego zainteresowania do polskiego życia politycznego, społecznego i kulturalnego. Konsekwentnie podtrzymywała swoją doktrynę międzynarodową. Giedroyć, być może jako pierwszy w powojennej Europie, poruszył temat białoruskiej podmiotowości. Redakcja czasopisma niezmiennie stała na stanowisku, że podobnie jak nie może być niepodległej Polski bez wolnej Białorusi, tak i «bez wsparcia [Polaków] nic nie wyjdzie z białoruskich prób wybicia się na niezależność». Miesięcznik regularnie otwierał swoje łamy dla białoruskiej poezji, podkreślał wagę twórczości (Wasila ‒ przyp. tłum.) Bykawa, (Janki ‒ przyp. tłum.) Bryla i innych pisarzy. W latach 1993-2000 ukazało się ponad 80 artykułów na temat Białorusi. Czy to nie jest prawdziwe wsparcie? Albo taki cytat:
«Jesteśmy krajem, który ma wspólnych bohaterów z sąsiadami: Adam Mickiewicz jest wielkim poetą polsko-litewskim; Kościuszko i Traugutt należą zarazem do Polaków i Białorusinów. Tę listę można by znacznie przedłużyć».
Giedroyć zupełnie prywatnie miał niepośledni udział w powołaniu katedry kultury białoruskiej na Uniwersytecie Białostockim, energicznie bronił praw mieszkających tam Białorusinów.
Przy tym pozostał jednak wierny sobie i z pełną świadomością wypowiadał słowa, które w oczywisty sposób musiały wywołać nieprzychylną reakcję nawet wśród jego zwolenników na Białorusi. Uważał na przykład, że akceptowalna jest współpraca Polski z reżimem Aleksandra Łukaszenki. Właśnie to ‒ odwaga polityczna w ocenie realiów ‒ jest dowodem jego niezależnego ducha.
«[P]olityka nie jest sakramentem; jeśli chce się ją uprawiać, to trzeba przylegać do rzeczywistości, która się zmienia. Trzeba umieć zachowywać zasady i zmieniać poglądy».

Redaktor nigdy nie unikał palącego problemu praw człowieka: w 1998 roku „Kultura” zamieściła Białoruską Deklarację Wolności, podpisaną nie tylko przez wybitnych białoruskich działaczy, ale i niektórych polskich intelektualistów. Oczywiście znalazł się wśród nich również podpis Giedroycia.
Całkiem logiczne wydaje się i to, że na rok przed swoją śmiercią ten rycerz WKL i polski syn Mińska przekonywał noblistów Czesława Miłosza i Wisławę Szymborską o konieczności nominowania do literackiej nagrody Nobla Wasila Bykawa:
«Przyznanie tej nagrody białoruskiemu pisarzowi to będzie, bez przesady, rewolucja na Białorusi».
Nie udało się. Ale była to jeszcze jedna, poparta konkretnymi działaniami, próba pomocy naszemu narodowi i krajowi, w którym Giedroyć się urodził.
«Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem za cenę życia osobistego»
«Tak się złożyło, że zawsze prowadziłem życie aktywne. (…) Ciągle pojawiają się jakieś sprawy, które pochłaniają mnie i odciągają. Toteż mam poczucie zmarnowanego życia. Mówię nie o ambicjach, ale o życiu czysto osobistym. Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem kosztem życia osobistego, którego nie mam. Bywa to niekiedy dość dokuczliwe. Przypuszczam jednak, że nie umiałbym żyć inaczej»
‒ mówił z bolesną szczerością. Ale czy rzeczywiście wszystko, co znajdowało się poza ścianami redakcji jego ukochanej „Kultury”, wiązało się dla niego ze smutkiem?
«W 1931 roku ożeniłem się z Tatianą Szwecow, Rosjanką urodzoną w Polsce, którą poznałem w czasie studiów. Oboje byliśmy bardzo młodzi i zupełnie niedoświadczeni (…)».
Spotkali się na emigracyjnym balu: natychmiastowe zauroczenie i ‒ ślub w dobrze znanym współczesnym białoruskim wygnańcom kościele Świętego Aleksandra na warszawskim Placu Trzech Krzyży. «Była to najpiękniejsza para, jaką widziałem w życiu» wspominał później publicysta Wacław Zbyszewski. «On wyglądał na księcia z Tysiąca i Jednej Nocy, ona na królową piękności, mody, szyku, szarmu, uśmiechu».
Na początku miłość jawi się zazwyczaj jako święto. Ale wrogiem nieskończonego świętowania okazuje się najczęściej szarość codzienności. Tak było i w przypadku młodego małżeństwa: ona pragnęła blasku światowego życia, pasjonowała się brydżem, a on najchętniej otoczyłby się gazetami i książkami. Przez bezustanną pracę Jerzy właściwie nie odpoczywał… Dlatego po sześciu latach rozstali się, choć przyjaciółmi pozostali do końca życia. Kiedy na Warszawę zaczęły spadać niemieckie bomby, a Giedroyć jako urzędnik państwowy został objęty nakazem ewakuacji do Bukaresztu, zabrał ze sobą Tatianę. Pod koniec wojny przeniosła się do Londynu, gdzie została uznaną naukowczynią.

Wiecznego pracoholika wielu złośliwie nazywało „emocjonalną lodówką”, „zimnym polipem redakcyjnym”, zamykającym się w „gorsecie ochronnym”, który zapobiegał okazywaniu uczuć. Ale nie wiemy, co właściwie działo się w duszy Jerzego Giedroycia ‒ w tym sensie był raczej skryty.
Tylko przyjaciele byli niekiedy świadkami jego nadzwyczajnego poruszenia. Tak było na przykład, kiedy w siedzibie „Kultury” zjawiła się Agnieszka Osiecka, wówczas bardzo młoda dziennikarka i poetka, która nielegalnie wywiozła z Polski maszynopis opowiadania Marka Hłaski pod tytułem „Cmentarze”. Była to wybitna proza, ale jeszcze jaśniejszym blaskiem świeciła poezja, która otuliła Jerzego i Agnieszkę. W korespondencji Giedroyć podkreślał nieprzeparty magnetyzm dziewczyny. Z kolei w dzienniku poetki swego czasu pojawiła się wzmianka o miłości do człowieka „samotnego i skrytego”, trwającej, choć pozostawał on „po drugiej stronie barykady”.
Później, kiedy znowu przyjechała do Francji, spędziła z Jerzym dwa miesiące… I wróciła do kraju, choć ten wybór przyszedł jej z trudem. Trudno też ocenić czy był słuszny: służba bezpieczeństwa nie spała i przez kolejnych siedem lat Agnieszka nie otrzymała zgody na wyjazd. Być może pocieszeniem był dla niej poruszająco subtelny epizod: Giedroyć kupił dwa bilety na koncert Edith Piaf. Drugi bilet był symboliczny, dla Osieckiej, więc miejsce obok niego pozostało puste. Jego muza stała się autorką tekstów piosenek, które weszły do złotego kanonu polskiej estrady, i ulubienicą milionów. Była też autorką znanego na całym świecie sloganu reklamowego Coca-coli: „Coca-cola ‒ to jest to!”

Zresztą mówiąc o życiu osobistym, Giedroyć miał na myśli jeszcze jeden trudny temat: relacje z ludźmi podobnie myślącymi, ze współpracownikami.
«Obiegowa opinia na mój temat głosi, że jestem despotą i że zespół „Kultury” nigdy nie istniał, chyba żeby przyjąć, że składał się zawsze tylko z jednej osoby, tzn. ze mnie. Wbrew tej opinii jestem otwarty na sugestie i krytykę, i często zdarza mi się zmieniać zdanie po dyskusji. A zespół „Kultury” niewątpliwie istniał i istnieje. (…) Jeśli mam jakiś talent, to jest to talent reżysera: umiejętność dobierania tematów i ludzi».
Powróćmy jeszcze do historii Redaktora i Poetki. Wprawdzie ich drogi ostatecznie się rozeszły, ale na biurku Giedroycia latami leżał wiersz-dedykacja Osieckiej. Jerzy przeżył Agnieszkę o trzy lata. Na jego grobie w Le Mesnil-le-Roi umieszczono tabliczkę z jej słowami o tym, że należny mu przywilej to miejsce w historii i wieczna sława.
Były to prorocze słowa.
Spełniły się.

Projekt został sfinansowany z środków Fundacja Solidarności Międzynarodowej w ramach programu współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Publikacja odzwierciedla wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.
