„Trudno jest być pomiędzy brzegami, jeszcze trudniej – nie przetrwać, a pozostać sobą”

Апошняе абнаўленне: 11 kwietnia 2024
„Trudno jest być pomiędzy brzegami, jeszcze trudniej – nie przetrwać, a pozostać sobą”

Zbiegiem okoliczności twórczość i osoba Natalli Arsiennievej nagle stały się bliższe miłośnikom białoruskiej literatury i poezji. Nieoczekiwanie niemal każdy z nas zyskał znajomych, którzy musieli opuścić ojczyznę i rozpocząć nowe życie za granicą. Stąd właśnie nowa fala zainteresowania poetką, która przez większą część życia wbrew własnej woli wędrowała po świecie. Co pomagało jej nie załamać się jako człowiekowi i twórczyni? Czym krzepiła swoją nadzieję na lepsze jutro?

1) Natalla Arsiennieva. Nowy Jork, 1955 r. 2) Nad wodospadem Niagara. 1952 r.

І. „Jakże tu było pozostać chłodną i obojętną?”

Pisarz Uładzimir Arłoŭ był jednym z tych, którzy mieli szczęście spotkać się z Natallą Arsiennievą w mieście Rochester, na amerykańskim brzegu jeziora Ontario. Z nim właśnie porozmawiamy.

Białoruś to dawca talentów. Gwiazd, które rozpoczęły swój wzlot ku światowym wyżynom właśnie na naszej ziemi, nie sposób zliczyć. Byli jednak i tacy, których przyciągnęła do białoruska orbita. Należy do nich Natalla Arsiennieva. Dziewczyna z Rosji, której korzenie badacze wywodzą z rodu Lermontowa, staje się nagle naszą wybitną poetką. Jak to wytłumaczyć: nasi stronili od mowy ojczystej, zaczynali pisać po rosyjsku, a ona, obca, nagle całą duszą przylgnęła do białoruskości?

Białoruski los obfituje w niewiarygodne scenariusze. Przyszła gwiazda naszej poezji urodziła się w dalekim Baku. Wkrótce jednak jej rodzina znalazła się w białoruskiej Mekce – Wilnie. Ojciec Natalli był rosyjskim urzędnikiem, a tych przenoszono służbowo to tu, to tam. Po drodze do nas był Wołyń, ale z Ukrainą nie wyszło, gwiazdy wybrały nas. Choć okoliczności temu nie sprzyjały, po pierwszej wojnie światowej rodzina poetki emigrowała – przenieśli się do Jarosławia, miasta ważnego dla Białorusinów. Tam zaczynał jako poeta Maksim Bahdanovič. Tam też mała Natasza dołączyła do kółka literackiego i napisała swój pierwszy wiersz po rosyjsku… A po latach w jednym z autografów nazwie Maksima swoim ulubionym poetą. I proszę – koło się domyka.

Lekcja Arsiennievej – nie chodzi o mechaniczne opanowanie języka białoruskiego, a o jego przyjęcie i odczucie jako własnego, rodzimego. Czy to nie wzór dla tych, którzy w czasie i po wydarzeniach 2020 r. nagle odczuli tę samą potrzebę?

Raczej należałoby mówić o konieczności wyhodowania i wypielęgnowania w sobie białoruskości. Tylko dzięki temu Natalla Arsiennieva stała się naszą poetycką gwiazdą. Nie wystarczy wirtuozersko posługiwać się językiem. Zdaje się, że najważniejsze to przeniknąć duchem białoruskości.

A przecież „na początku było słowo”. Jak doszła do niego młoda Natalla?

Mnie poetka opowiedziała taką historię.

Z uchodźstwa jej rodzina wracała do Wilna w 1920 r. Była to trudna przeprawa, trwająca ponad rok, na przykład pod Dźwińskiem przeszli po zamarzniętej rzece. Dzieci podczas tej podróży przechorowały hiszpankę… Pewnego razu nieznajomych podróżnych przyjęła białoruska rodzina chłopów – Jurka i Aŭdoccia. Nocą szesnastoletnią dziewczynę obudziła ich szamotanina. Gospodyni zagroziła mężowi słowami: „Nie leź, bo ci spuszczę juszkę!”. Właśnie to tajemnicze słowo – juszka – to był dla niej kluczyk do naszego języka.

Znawca twórczości Arsiennievej Anton Adamovič mówił, że jest ona najbarwniejszym przykładem „naturalizacji w białoruskości”. Czy mógłby pan opowiedzieć o tym procesie? Dlaczego okazał się on na tyle udany i jakie wnioski warto wyciągnąć?

Muszę się powtórzyć: słowo to tylko kluczyk. Cały mechanizm białoruskości pani Natalli jest znacznie bardziej skomplikowany. A tworzyć go zaczęto w Wileńskim Gimnazjum Białoruskim. Obcy język, o Białorusi przyszła poetka nie wiedziała wówczas praktycznie nic, a jednak bardzo szybko poczuła: „To jest moje!” – to zresztą cytat dosłowny.

A wszystko dlatego, że jej uczyli ją ludzie ważni dla naszego narodu: Adam Stankievič, Branisłaŭ Taraškievič, Maksim Harecki, Anton Łuckievič, Arkadź Smolič… Troszczyli się nie tylko o solidne wykształcenie swoich podopiecznych, ale i o ich świadomość narodową i patriotyczną.

Szczególnie silny wpływ na białoruskie i poetyckie dojrzewanie dziewczyny wywarł Maksim Harecki – wybitny pisarz i literaturoznawca. To on dostrzegł poetyckie skłonności Natalli, uważnie śledził jej rozwój twórczy, udzielał krytycznych rad…

W swoich wspomnieniach Arsiennieva napisze tak o ulubionym pedagogu:

Jego postać od samego początku była dla mnie spowita jakimś romantyzmem. Autor książki, która mi się spodobała, pisarz… Nauczyciel literatury, którą tak kochałam… Jakże tu było pozostać chłodną i obojętną? Miejsce Juliuszów Cezarów i Ryszardów Lwich Serc zajął, rzecz jasna, Harecki – pierwszy żywy człowiek, który mi się podobał.

Czy tylko Natalla odczuła na sobie magnetyczny wpływ tego procesu edukacyjnego?

Unikalne doświadczenie pedagogiczne, twórcze i naukowe Wileńskiego Gimnazjum Białoruskiego, przykład Arsiennievej i innych słynnych wychowanków tej placówki – byli wśród nich Maksim Tank, Vincent Žuk-Hryškievič, Valancin Taŭłaj, Kastuś Akuła, Raman Siemaškievič, Lavon Łuckievič – wymaga dziś co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze, historycy powinni napisać książkę poświęconą Wileńskiemu Gimnazjum, zwłaszcza że dziś w Wilnie nie brakuje dobrze zorientowanych białoruskich emigrantów. Po drugie, i to jest trudniejsze, musimy wreszcie stworzyć Białoruski Uniwersytet Narodowy, którego pierwowzorem byłaby właśnie ta szkoła. I znowu – wysoko wykwalifikowanych kadr narodowych jest dziś za granicą wystarczająco.

ІІ. „Rąk nie całowałam nikomu w moim życiu!”

Kontynuujemy rozmowę z historyczką, archiwistką i redaktorką almanachu Zapisy BINiM Natallą Hardzijenką.

Dzisiejsza trauma związana z opuszczeniem Ojczyzny przez setki tysięcy uczestników białoruskiej rewolucji to dla większości bardzo trudny okres w życiu. Dlatego bliższe stają się wersy osoby, której wygnań i emigranckiej niedoli starczyłoby na dziesięcioro. Czy mogłaby pani przypomnieć spotkania i rozstania Arsiennievej z rodzimym krajem już po Wilnie?

W 1922 r. Natalla wyszła za mąż za wojskowego Franciška Kušala i wkrótce wyjechała do miejsca jego służby na Pomorzu, gdzie mieszkała niemal do początku drugiej wojny światowej. Krótki czas spędziła w Białorusi w latach 1939–1940, dopóki jako żona wziętego do niewoli polskiego oficera nie została wraz z dziećmi zesłana do Kazachstanu, gdzie pracowała w kołchozie. Po powrocie w 1941 r. spędziła jeszcze kilka lat w ojczystym kraju, aż w 1944 r. znów wyjechała na kolejną emigrację – tym razem już na zawsze.

Najpierw znalazła się w Berlinie. Jednak po jednym z największych bombardowań miasta postanowiła razem z synem, a także rodzinami innych białoruskich działaczy poszukać schronienia poza niemiecką stolicą. Nastąpiły długie tułaczki po miastach i miasteczkach Niemiec w poszukiwaniu azylu, który w końcu udało się znaleźć w miasteczku Amberg, niedaleko czeskiej granicy. Oto co pisała dalej w swoich wspomnieniach:

Warunki, w jakich my, uciekinierzy, się znaleźliśmy, były bardzo trudne. Spaliśmy na podłodze, na słomie, wszyscy razem. Nigdy nie mieliśmy ciepłej wody, gorącej kawy ani nawet zwykłego wrzątku rano. Omal nie głodowaliśmy. Ale poczucia humoru, jak zawsze, nie traciliśmy i na duchu nie upadaliśmy…

Wkrótce potem przyszli Amerykanie.

Po II wojnie światowej Natalla Arsiennieva z rodziną przebywała w białoruskich obozach dla osób przemieszczonych w Niemczech (m.in. w Ratyzbonie, Michelsdorfie i Windischbergerdorfie). Udzielała się jako nauczycielka w Gimnazjum Białoruskim im. Janki Kupały, pomagała przy organizacji uroczystości i przedstawień, a także współtworzyła Literacko-społeczne stowarzyszenie Szypszyna. Pisała wiersze publikowane na łamach prasy emigracyjnej. Przygotowała nawet do druku kolejny tomik, który jednak nie został wówczas wydany.

1) Natalla Arsiennieva. Niemcy, lata 40. 2) W obozie dla osób przesiedlonych w Niemczech. Druga połowa lat 40.

Arsiennievą nazywano „poetką od Boga”. I nie chodzi tu tylko o jej wybitny talent, arystokratyczną elegancję jej utworów czy duchową głębię – w twórczości Natalli jest po prostu bardzo wiele motywów religijnych. Nie wynikały one jedynie z wychowania – to również widoczny wpływ życia na emigracji, które zmuszało większość tułaczy do szukania oparcia w siłach wyższych… Perłą w jej dorobku stał się oczywiście hymn Mahutny Boža (Boże Wszechmocny) – wzorcowa ilustracja tezy, że nieśmiertelność można czasem zyskać dzięki jednemu tylko utworowi. Czy społeczność przyjęła go od razu, czy też potrzebowała na to czasu?

Wiersz powstał jeszcze w czasie wojny. Jednak muzykę skomponował do niego Mikoła Ravienski właśnie w okresie pobytu w obozach w powojennych Niemczech. Po raz pierwszy hymn wykonano 29 listopada 1947 r. w Osterhofen. Obecna na tym nabożeństwie Zora Kipiel wspominała:

To była prawdziwie ekumeniczna modlitwa za Białoruś. I tak oto, na białoruskiej mszy katolickiej w niemieckim kościele, po raz pierwszy zabrzmiał hymn Mahutny Boža, gdy obecni tam Białorusini, zarówno katolicy, jak i prawosławni, w zgodnym chórze wznieśli swoje modlitwy.

Pamiętam, że przyszłam na nabożeństwo nieco spóźniona i stałam sama, w tyle kościoła. Moja mama śpiewała w chórze. Chór śpiewał cudownie. Pan Ravienski zawsze wymagał od swoich chórzystów perfekcji. Mahutny Boža wywarł na mnie tak głębokie wrażenie, że nie mogłam powstrzymać łez, chociaż wstyd mi było płakać, ponieważ stałam sama, żadnego Białorusina nie było przy mnie – wszyscy stali z przodu. Nie miałam z kim podzielić się pierwszym wrażeniem. Jednak ten moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Mahutny Boža, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. I ilekroć nie słyszę tę naszą modlitwę – za każdym razem mam łzy w oczach.

I tak od 1947 r. Mahutny Boža pozostaje popularnym hymnem, śpiewanym zarówno przez prawosławnych, jak i katolików.

Oto kilka wersów z innego, znacznie mniej znanego wiersza z tamtego okresu:

Rąk nie całowałam.
nikomu w moim życiu
A tobie,
moja ziemio,
całowałabym stopy…

Co za moc, co za godność! A jednocześnie – jakiż to ból, jak ciężki los przebija z tego wyznania…

Tak, los nie szczędził autorce życiowych prób. W 1950 r. rodzina Kušali przeniosła się do USA i osiedliła w Nowym Jorku. To był trudny czas. Poetka w wieku 47 lat mogła wykonywać tylko prace niewymagające kwalifikacji, by zdobyć jakiekolwiek środki do życia.

Ciekawe – co mogła wtedy robić?

Początkowo po prostu zakręcała słoiki z ogórkami w fabryce konserw, otrzymując 85 centów za godzinę.

A mąż i syn?

Mąż obsługiwał windę, syn polerował stoły w fabryce mebli… Tak to jest na emigracji…

Taka praca musiała odbierać sporo sił. Czy w tym okresie poetka porzuciła twórczość i działalność społeczną?

Wręcz przeciwnie: mimo wszystko nadal bardzo aktywnie angażowała się w sprawy białoruskie. W latach 1952–1954 pracowała już w redakcji gazety Biełarus (Białorusin), a później w nowojorskim biurze Radia Swoboda. Poetka stała się jedną z inicjatorek założenia Białoruskiego Instytutu Nauki i Sztuki. Była nawet brana pod uwagę na stanowisko jego przewodniczącej, ale ostatecznie została jego sekretarzem.

1) Przy pracy. Nowy Jork, lata 50. 2) Natalla Arsiennieva z przyjaciółką Janiną Kachanoŭską (z lewej). Nowy Jork, lata 50.

Natalla była aktywną działaczką Białorusko-Amerykańskiego Zrzeszenia, a także sekretarzem prezydium Rady Białoruskiej Republiki Ludowej (BRL). W 1952 r. pisała w jednym z listów:

Święta tak szybko przeleciały, że nawet nie zdążyłam się nimi nacieszyć. Zawsze, oprócz pracy i obowiązków domowych, jest o czym myśleć i co robić. Teraz powstała u nas Akademia (Białoruski Instytut Nauki i Sztuki), zostałam wybrana do Zarządu i mam być sekretarzem, więc doszła mi jeszcze nowa praca. Zawsze coś się dodatkowo organizuje. Nasze obchody powstania słuckiego wypadły w tym roku wyjątkowo dobrze. Teraz trzeba myśleć o 25 Marca [Dzień Wolności]. Koncerty już spowszedniały, dlatego myślę o wystawieniu Kastusia Kalinoŭskiego…

Miała rozmach!

Rzeczywiście, lata 50. okazały się dla niej bardzo owocnym okresem. Stale w wirze życia białoruskiej emigracji, pisała scenariusze uroczystości narodowych w Nowym Jorku, można ją było zobaczyć w białoruskich kolumnach marszowych podczas różnych wielonarodowych demonstracji.

W białoruskiej kolumnie na jednej z demonstracji. Nowy Jork, lata 50.

Według relacji Hienadzia Buraŭkina, który reprezentował Białoruś w ONZ, w latach 70. poetka wycofała się z działalności publicznej i chyba już niewiele czasu poświęcała poezji. Dlaczego tak się stało?

Ze względu na rodzinę: niespodziewanie zmarła jej synowa – Natalla Kušal (córka kompozytora Mikoły Kulikoviča), no i musiała wraz z mężem wyprowadzić się z tętniącego życiem białoruskiej diaspory Nowego Jorku do spokojnego Rochester, by tam zająć się opieką nad małym wnukiem i wnuczką.

W jej wieku to było trudne?

W jednym z listów poetka pisała:

Siedzimy głównie w domu, a ja tylko proszę Boga, by dał mi sił i cierpliwości, żebym sobie ze wszystkim poradziła. Z Natą, co prawda, kłopotu jest najmniej, ale Piecik jest bardzo rozpuszczony, nieposłuszny, a Ojciec [Francišak Kušal] jest jak trzecie dziecko, to proszę sobie wyobrazić, ile potrzeba było sił i wytrwałości, żeby to wszystko utrzymać w ryzach. A i zwykłej pracy fizycznej jest tyle, że nie sposób wszystkiego zrobić: dom jest duży, dzieci, pierzesz, szyjesz, sprzątasz, nie ma kiedy odetchnąć! Ale przyjmuję to wszystko bez narzekania, bo widocznie tak już trzeba, spokojnie i cierpliwie, wypełniać swoje przeznaczenie. O jakiejkolwiek pracy twórczej nie ma jednak na razie co marzyć.

1) Z mężem Franciškiem Kušalem. Nowy Jork, lata 50. 2) Z wnukiem. Początek lat 60.

Mąż, jak rozumiem, był chory?

Tak, zmarł w 1968 r. Poetka została sama w domu syna, który odtąd zarabiał na utrzymanie wszystkich. Kolejne lata poświęciła wnukom. Gdy te jednak dorastały, pod koniec lat 70. Arsiennieva znów zaczęła od czasu do czasu bywać w białoruskich ośrodkach w Nowym Jorku czy Toronto, biorąc udział w ważniejszych uroczystościach. Wznowiła też działalność literacką.

Co można tu podać jako przykład?

Zajmowała się między innymi przekładem słynnej Pieśni o żubrze. Znajdowała też czas na korespondencję z rodakami i śledziła, co dzieje się w Białorusi.

Czyż nie najlepszym tego dowodem jest chociażby wiersz – reakcja na tragedię czarnobylską…

Być może to właśnie więź z rodakami dawała Natalli najwięcej sił do życia i twórczości.

W naszej rozmowie nie można nie wspomnieć o jej słynnym zbiorze Miž bierahami (Pomiędzy brzegami). To tytuł na wskroś emigracyjny: odbijasz od swojego brzegu, ale czy dobijesz do tego obcego? Czy nie utoniesz? Czy rwący prąd nie porwie cię w nieznane?

Odpowiedzi należy szukać w jej wspaniałej poezji… W tym właśnie zbiorze, który w 1979 r. wreszcie udało się wydać staraniami Białoruskiego Instytutu Nauki i Sztuki. Warto zaznaczyć, że przygotowania do wydania książki rozpoczęły się już w latach 50., jednak minęły całe dekady zanim do tego doszło. W tomie znalazły się wszystkie jej wcześniejsze zbiory, zarówno te wydane, jak i niewydane, a także wiersze z okresu powojennego i amerykańskiego.

Skoro przez tyle lat Arsiennieva nie widziała swoich wierszy w formie książki, to czy ten długo wyczekiwany prezent był nie tylko powodem do radości, ale też silnym wsparciem i nowym bodźcem do twórczości?

Wkrótce tak napisała o swojej książce:

Co ciekawe, teraz, gdy uważnie czytam ją po raz kolejny, wiersze te wydają mi się już jakby nie moje, lecz kogoś obcego. I co jeszcze dziwniejsze – wydają mi się bardzo dobre, niektóre po prostu, jak to się mówi, „chwytają za serce”. Proszę jednak nie myśleć, że sama siebie chwalę. Może po prostu lepiej rozumiem teraz to, co kiedyś napisałam machinalnie, nie myśląc.

Ostatnio, co prawda, moja korespondencja nieco się ożywiła, ponieważ z Polski i BSRR zaczęłam otrzymywać wiele listów, często z prośbami o przesłanie mojej książki lub po prostu z pozdrowieniami. […] Niedawno na przykład pewna młoda poetka z Mińska napisała do mnie, że „miała szczęście przeczytać Pomiędzy brzegami”.  „Dobrzy ludzie dali poczytać” – pisze, bo książka, widać, wędruje, jak to się mówi, „z rąk do rąk”.

Z Hienadziem i Juliją Buraŭkinami. Nowy Jork, początek lat 90.

ІІІ. „Niech będzie, co ma być!”

Kontynuujemy rozmowę z Uładzimirem Arłoŭem…

Większość swojego życia Arsiennieva spędziła na emigracji. Rozumiem, że zadawanie podczas spotkania w Ameryce banalnego pytania o możliwość powrotu do Białorusi było nie na miejscu: mamy rok 1995, białoruska historia zrobiła kolejny gwałtowny zwrot… Nie było czasu na sentymenty. Ale jakie jest Pańskie odczucie: czy w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat poetka wciąż marzyła o rodzinnych stronach?

Przyjechaliśmy do domu Pani Natalli razem z Ivanem Chanienką – był marynarzem i w 1974 r. skorzystał z okazji, by zostać w Ameryce. Uciekinier. I oto w Rochester, wzruszony atmosferą i rozmową, wyznał: „Ciało jest tutaj, a dusza tam, w Białorusi…”. A był to przecież człowiek mężny, surowy! Cóż więc dopiero mówić o poetce u schyłku jej życia?

W jej postaci wyraźnie odbijało się piętno przeżytych lat, a jednak – jak widać – nie tylko nas przyjęła, ale była szczerze rada ze spotkania z rodakami z daleka… Bo dla niej tego dnia byliśmy uosobieniem Białorusi, żywą cząstką ojczystej ziemi.

Koło domu. Początek lat 90. XX w.

Na pamiątkę pozostało wspólne zdjęcie na tle kwiatów: białych lilii, które tak kochała również Łarysa Hienijuš, – duchowa siostra Pani Natalli, bliska jej talentem – oraz ukochanych chabrów Maksima Bahdanoviča.

Rytmika poezji Arsiennievej przyciągała wielu kompozytorów…

Tak, piosenkami stało się niemal trzydzieści jej wierszy. Wiele z nich do dziś śpiewa mój dobry przyjaciel, Dančyk. Swoją drogą, sama Arsiennieva była osobą niezwykle muzykalną i to nie przypadek, że przełożyła na białoruski niejedno libretto ze światowej klasyki muzycznej.

Na jubileuszu 90. urodzin. 1993 r.

Podsumowanie z Natallą Hardzijenką

Pod koniec lat 90. do szkół trafiło odgórne zalecenie, by nie wspominać o twórczości Natalli Arsiennievaj, Łarysy Hienijuš, Masieja Siadnioŭa… Ich poezja do dziś pozostaje poza programem nauczania. Z okazji setnej rocznicy urodzin Arsiennievej Anatol Bieły, pasjonat przeszłości ze Starych Doroh, umieścił skromną płaskorzeźbę z jej wizerunkiem na dziedzińcu swojego prywatnego muzeum. Jednak jesienią 2022 r. białorusofobka Bondarava poinformowała, że doprowadziła do usunięcia brązowego reliefu (dobrze, jeśli trafił on jedynie do magazynów). Czy to znaczy, że Arsiennieva nawet w sensie symbolicznym nie powróci do domu?

25 lipca 1997 r. odeszła na wieczny spoczynek i została pochowana obok męża w Rochester na cmentarzu Mount Hope. Wkrótce jej imię zaczęto usuwać ze szkolnych podręczników, w których gościło ono od początku lat 90. Co prawda w 2002 r. w ramach serii Biełaruski knihazbor ukazał się jeszcze tom jej dzieł, ale w późniejszym okresie wspominanie o poetce w oficjalnych (nawet encyklopedycznych) wydawnictwach stało się niemożliwe.

Wszystkie inicjatywy upamiętniające ją na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci miały wyłącznie charakter społeczny. Dowiodło to, że twórczość Natalli Arsiennievej przezwycięża ideologiczne ograniczenia, włączając w to te, które zaczęto jeszcze aktywniej narzucać po 2020 r.

A jednak poetka pozostaje w literaturze białoruskiej, ponieważ jest jej nieodłączną częścią.

Władze przemijają, słowo pisane pozostaje.

W lesie. Lata 70.

Zdjęcia z prywatnych archiwów rodziny Arsiennievej