Natalla Dulina: Nawet w więzieniu byłam wolna

Last update: 14 listopada 2025
Natalla Dulina: Nawet w więzieniu byłam wolna

To wywiad jest częścią zbioru „Głos pokolenia wolności” – żywego świadectwa twórczej i obywatelskiej obecności tych, którzy nie utracili swojego głosu nawet na wygnaniu. Zbiór opowiada o laureatach nagrody „Głos pokolenia wolności”, ustanowionej przez Białoruski PEN we współpracy z Centrum Praw Człowieka „Viasna” (Human Rights Center “Viasna”), Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (Belarusian Association of Journalists), Press Clubem Belarus (Press Club Belarus) oraz Fundacją „Wolna Prasa dla Europy Wschodniej” (Free Press for Eastern Europe).

15 listopada 2025 roku (sobota) o godz. 17:00 w Europejskim Centrum Solidarności (Gdańsk, plac Solidarności 1) odbędzie się publiczna dyskusja z udziałem laureatów i laureatek oraz prezentacja zbioru „Głos pokolenia wolności”.

Białoruski jako język obcy. Coś jak angielski. Dlaczego?

Jestem osobą rosyjskojęzyczną. Pamiętam, że gdzieś w drugiej klasie mówiłam już: będę nauczycielką języka rosyjskiego. To bardzo wyraźnie wryło mi się w pamięć. Ale pan niech mówi do mnie po białorusku! Kali łaska!

Dobrze, ale dlaczego jednak rosyjski? Humanistyczny magnes nie ma białoruskiej siły przyciągania?

Wtedy, w latach siedemdziesiątych, była możliwość rezygnacji z białoruskiego. Mama bała się, że jeśli zacznę się uczyć obydwu języków, to będę źle mówić po rosyjsku. To aranżowane małżeństwo. Z czasem tego pożałowałam. 

Poczucie straty przyszło już na studiach?

Myślę, że tak – ale nie od razu. Przez długi czas nie odczuwałam tej straty. Dziś znam nasz język biernie. Mogę też czytać, ale z wysiłkiem, dużo rozumiem, ale nie wszystko. Słów, których nie rozumiem, szukam w słowniku. Białoruski jest dla mnie jak język obcy. Jestem lingwistką, więc wiem, że po 12 roku życia mózg uczy się języków inaczej. Dlatego gdy próbuję mówić po białorusku, zaczyna ze mnie „wyłazić” włoski.

Ogólnie to z trudem przełączam się między językami. Na uniwersytecie uczyłam się hiszpańskiego, angielskiego, a potem włoskiego. My English is very poor: prawie go nie używałam. Teraz w Litwie czasem muszę się nim posługiwać i jest to dla mnie męka. Stąd wniosek: po prostu nie mam wielkiego talentu do języków. A włoski znam, bo to moja praca.

W czasach radzieckich zdarzało się, że studenci ze wsi, mówiąc po rosyjsku, zdradzali się akcentem – i to stawało się przedmiotem pogardy. Była pani tego świadkiem? 

Tak było. Dzieci ze wsi od dzieciństwa słyszały mowę ojczystą, ale nie literacką, tylko dialektalną. To właśnie kształtowało akcent w ich rosyjskim. Literacki białoruski był zamknięty w niszach: radio, telewizja, gazety. A akcent kojarzył się z wsią. Która zawsze była postrzegana jako mniej prestiżowa niż miasto, nie mówiąc już o stolicy. Ten stereotyp istniał. Nie powiem, żeby był on mocno wyrażony i w czymś bardzo przeszkadzający osobom wywodzącym się ze wsi, ale taka sytuacja była odczuwalna do końca lat 80.

Nie potrafię podążać za tłumem

Niektórzy odnosili wrażenie, że zawsze trzymała się pani jak najdalej od polityki. To prawda czy tylko pozory?

Oczywiście. Nigdy nie angażowałam się w politykę. Po prostu nie leżało to w kręgu moich zainteresowań. Żyłam własnym życiem zawodowym, wykładami i zajmowałam się studentami. 

Może to, znowu, wpływ rodzinnych korzeni?

Urodziłam się w Mińsku. Moi rodzice mieli wykształcenie techniczne. Gdy miałam dwa lata, rozwiedli się, a mnie wychowywała rodzina ze strony mamy. Dziadek uczył w technikum przedmiotów ścisłych, mama po politechnice całe życie pracowała jako konstruktorka. W naszej rodzinie nie było humanistów. Ale od dziecka wpajano mi: swoje zdanie można wyrażać tylko w zaufanym gronie!

Podwójna buchalteria?

Moi bliscy nie mieli złudzeń, chociaż mama przyznała, że w młodości wierzyła: w Związku Radzieckim tak naprawdę jest wiele dobrego. Ogólnie rzecz biorąc, stosunek do systemu był sceptyczny: polityczne anegdoty, ironia, zero szacunku dla przywódców… W tym sensie to był standard. I stąd, rzeczywiście, ta „podwójna buchalteria”: w szkole nie mówisz nic, a w domu pogadasz na każdy temat.

Zresztą, zawsze mówiłam, co myślę, gdy uważałam to za potrzebne. Choć w wieku nastoletnim, jak większość, chciałam być częścią grupy. Tyle że z kolegami z klasy nie bardzo mi się układało: mieszkałam daleko od szkoły, prawie ich nie odwiedzałam, a oni mnie. Czułam, że jestem na uboczu. W efekcie, gdy dorosłam, zrozumiałam: nie potrafię podążać za tłumem. Kiedy wszyscy nagle zachwycają się jakąś nową książką czy filmem, moja automatyczna reakcja to: „nie chcę”. To już prawie odruch fizjologiczny.

Głosowałam na Šuškieviča: do dziś pozostaje przykładem godności

Każdy ma swój złoty wiek. Dla pani to…

Lata 1991–1994. Nie popiszę się oryginalnością, ale uważam właśnie ten okres za złoty dla Białorusi. Głosowałam na Stanisłava Šuškieviča, który do dziś pozostaje dla mnie przykładem godności, prawdziwych wartości. Kiedy rozpadł się ZSRR i przyszła głasnost, powiedziałam sobie: nigdy więcej nie będę milczeć. I nie było już odwrotu. 

Jak to odbiło się na pani pracy wykładowczyni na uniwersytecie lingwistycznym?

Wtedy właśnie zaczęłam uczyć. Zgodnie z duchem czasu i obietnicą, którą sobie złożyłam, pozwalałam sobie na ironiczne uwagi na temat polityki. Nie nawoływałam studentów do aktywności obywatelskiej, ale otwarcie mówiłam, co myślę. W 2006 r. po raz pierwszy wyszłam na plac. W 2010 r. nie brałam udziału w protestach, ale śledziłam wydarzenia i bardzo je przeżywałam. Mówiłam studentom: nie mogę was do niczego namawiać, bo gdybyście mieli problemy, nie będę w stanie was obronić. Nie kryłam jednak swojego oburzenia panującą sytuacją wyborczą.

Na przykład na kilka dni przed wyborami studentom ogłaszano: macie zagłosować przedterminowo i jechać do domu, w sobotę nie ma zajęć! A nas, wykładowców, nawet o tym nie informowano! Przychodziliśmy na zajęcia, a sala była pusta. To był nie tylko absurd, ale całkowity brak szacunku wobec nas. Zawsze awanturowałam się o to z władzami uczelni – było to dla mnie upokarzające.

W czasie ważnych akcji politycznych takie zachowanie mogło obrócić się w wielkie nieprzyjemności?

Tak, u nas się tego nie lubi, trzeba grać według narzuconych reguł. Ja jednak nie zamierzałam grać w takie gierki. Co robiłam? Uprzedzałam studentów: kochani, do mnie nie dotarła żadna informacja, władze uczelni niczego nie ogłosiły, więc zajęcia odbędą się normalnie. Jedyne, co mogę zrobić, to nie sprawdzać obecności. Róbcie, jak uważacie, ale ja mam program i nie mogę opuszczać zajęć.

Jak reagowali na to studenci?

Mińszczanie przychodzili, ale ci z akademików często wyjeżdżali. Dostawali sygnał: nie posłuchacie, stracicie miejsce w akademiku.

To poważna groźba…

Owszem, dlatego zawsze przy takich okazjach dodawałam: jeśli cały akademik odmówi wzięcia udziału w głosowaniu przedterminowym, nie wyrzucą wszystkich! Ale jeśli sprzeciwią się tylko dwie czy trzy osoby, łatwo będzie się ich pozbyć pod byle pretekstem. Dla mnie kluczowa była strona formalna: skoro nie ma oficjalnego zarządzenia, zajęcia muszą się odbyć.

Humanistyczna wolność była, ale pełna obłudy 

Nie można więc powiedzieć, że do 2020 r. uniwersytet lingwistyczny był oazą kultury?

Wydaje mi się, że było tam mnóstwo obłudy. W latach 90. sami wybieraliśmy rektora – to był prawdziwy przełom. Ale już od 1995 r. głowy uczelni wyznaczał Łukaszenka. To był znak zniewolenia. Z jednej strony, nasze horyzonty poszerzyły się: jeździliśmy za granicę, poznawaliśmy Zachód. Mimo to, nie można mówić tu o politycznej dysydencji, raczej o pragmatyzmie. Ludzi do wyjazdów dobierano na podstawie lojalności. Co prawda, nie blokowało to dostępu do nowej wiedzy, ale mocno doskwierał nam brak politycznej autonomii.

Wspomniała pani o 2015 r. Czy poparła pani wtedy pomysł bojkotu?

Tak, wtedy Statkievič wezwał do zbojkotowania wyborów, a on zawsze był dla mnie wzorem uczciwości i godności. Razem z mamą i mężem nie poszliśmy głosować: poparliśmy próbę pokazania pustych lokali wyborczych i tym samym obnażenia fałszu władzy. Oczywiście, państwo i tak oszuka, ale należało wykonać ten gest sprzeciwu, nawet jeśli był tylko symboliczny.

Czy na innych uczelniach było gorzej z humanistyczną wolnością?

Trudno to porównywać, ale ogólnie rzecz biorąc, w przeszłości wszystkich obowiązywał ten sam pakiet przedmiotów społeczno-humanistycznych: historia partii komunistycznej, filozofia marksistowsko-leninowska i tak dalej. Bez sensu, bo gdy ktoś uczy się języka obcego, zazwyczaj zaczyna interesować się krajem, w którym się go używa. Nie z pobudek ideologicznych, ale z czystej ciekawości. Zatem autonomia istniała, ale była pełna hipokryzji: w duchu interesowaliśmy się Zachodem, a na co dzień powtarzaliśmy oficjalne formułki.

Z perspektywy wykładowczyni z wieloletnim doświadczeniem, proszę powiedzieć, jak wyglądały rytuały konformizmu na uczelniach? I dlaczego w 2020 r. nie zadziałały?

Po pierwsze, nie zapominajmy o rodzinie. Rodzice zwykle wpajali dzieciom: siedź cicho, bo stracisz miejsce w akademiku, a może nawet wylecisz ze studiów! Za słabe wyniki w nauce trudno kogoś wyrzucić, ale za „niewłaściwe zachowanie” – bardzo łatwo. Tego się obawiano. Pamiętam, w piętnastym roku kłóciłam się z dziekanem. Na wydziale tłumaczeń odwołano nie tylko sobotnie, ale i poniedziałkowe zajęcia. Oburzyłam się: „Co pan wyprawia?”. Ten się usprawiedliwiał: „Rodzice sami dzwonili i prosili o odwołanie zajęć”. Wierzę mu, bo często rozmawiałam z krewnymi studentów. Bali się bardziej niż sami studenci.

Czy można więc powiedzieć, że głównym ideologiem tamtych czasów była w Białorusi nie tyle władza, co rodzina?

Oczywiście. Wie pan, co robiła rodzina? Mogła być sto razy na „nie”. W domu, we własnym gronie – owszem, krytykowali władzę, ale koniec końców wygrywał instynkt rodzicielski: dziecko musi zdobyć dyplom, bo inaczej jak sobie w życiu poradzi?..

Polityka polityką, a dobro dziecka jest najważniejsze. Widziałam to dziesiątki razy w rozmowach z rodzicami. Wychodził z nich właśnie strach o dzieci i pragmatyzm. To wszystko jest rytualnie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Co tu dużo mówić – instynkt samozachowawczy. Dlatego uczą dzieci, żeby się „nie wychylać”.

2020: społeczeństwo dojrzało do aktywnych działań!

Kiedy dla pani nadszedł przełomowy moment: nie można już dłużej milczeć? Czy była to przemoc na ulicach, strajk na uniwersytecie, a może właśnie milczenie kolegów i studentów?

Jestem przekonana: zapalnikiem stał się stosunek władzy do COVID-u. Białorusini zobaczyli, że państwo nie jest w stanie ich ochronić. Ludzie zaczęli na własną rękę szyć maseczki, drukować przyłbice na drukarkach 3D. To było jak objawienie: okazuje się, że potrafimy sami. Podobnie jak ja z opieką nad zwierzętami – na początku nie wiedziałam, jak się za to zabrać, bałam się, że sobie nie poradzę. A jednak się udało: stałam się i psiarą, i kociarą! Z COVID-em było tak samo: ludzie poczuli swoją sprawczość, zobaczyli, że potrafią sobie radzić bez pomocy państwa.

A potem, tuż przed wyborami, władza zaczęła zamykać swoich oponentów. Z góry pozbyła się konkurencji. Babaryka, Statkievič, Sieviaryniec – wszystkich usunęli. Głupie, bo społeczeństwo nabrało już rozpędu i było gotowe do działania.

Ma pani na myśli zatrzymania i wyłączenie internetu?

Tak, jeszcze ten odcięty dziewiątego internet. Bezczelna próba zduszenia protestu w zarodku. Jednak nie udało im się wszystkiego wyczyścić, informacje i tak się przedostawały. W tamtym momencie bierność, stanie z boku byłoby już po prostu nieprzyzwoite. Na twoich oczach biją ludzi, a ty masz milczeć? Czułam silną potrzebę działania. Protesty kobiet z kwiatami – to nie było dla mnie. Zaproponowano mi udział w inicjatywie jednej z organizacji: tłumaczyliśmy na języki obce artykuły, relacje ofiar i świadków przemocy oraz inne materiały z niezależnych mediów, żeby wysyłać je zachodnim dziennikarzom. To była nisza, w której czułam się potrzebna. 

Ale wychodziła pani na marsze?

Tak. Początkowo miałam wątpliwości – zawsze przecież miałam awersję do tłumu… Potem jednak uznałam: to konieczne. 15 sierpnia zebraliśmy się przed wejściem na naszą uczelnię: absolwenci, garstka wykładowców, studenci. Akcja się udała, przejeżdżające samochody trąbiły na znak poparcia. A kolejnego dnia był pierwszy wielki marsz – na niego nie poszłam, ale później zaczęłam regularnie wychodzić. Najbardziej martwiło mnie wtedy jedno: żeby tylko pozwolili nam się zebrać. Miałam wrażenie, że jeśli wyjdziemy wszyscy, to sama masa ludzi będzie w stanie zmienić sytuację.

I jak zakończyła się dla pani ta uliczna epopeja?

20 września miałam pecha: zostałam zatrzymana. Zawieźli nas na komendę w Rejonie październikowym. Tam milicjanci byli spokojni, pozwolili nawet zadzwonić do domu. Usłyszałam: „Nie będziemy pani trzymać do rozprawy, spiszemy protokół i panią zwolnimy. Ma pani przecież 55 lat”. Wiekizm zadziałał na moją korzyść – wieczorem byłam już w domu. Reszta trafiła do Żodzina.

To prawo życia: ci którzy wyłaniają się z masy i działają, stanowią mniejszość

A studenci dołączali do tych akcji?

Tak, 1 września odbyła się akcja. Pomysł był taki, by nie iść na zajęcia, tylko udać się do Ministerstwa Edukacji z listem protestacyjnym przeciwko przemocy. Ja też w tym uczestniczyłam. Nie widziałam tam wykładowców z mojej uczelni, tylko kilka osób z innych uniwersytetów. Chodziliśmy po mieście, studenci nazywali to demarszem. W pewnym momencie musiałam odejść, a później dowiedziałam się, że przy stadionie Dynamo zaczęli łapać studentów.

Już na samym początku akcji studenci naszej uczelni napotkali problemy: wielu z nich w pobliżu budynku zostało otoczonych kordonem i siłowicy nie pozwalali im przejść do miasta. Młodzi rzucili się w stronę uniwersytetu, a za nimi ruszył OMON. Tyle że 1 września to dzień uroczystego powitania pierwszoroczniaków, którzy nie mają zajęć. I akurat wychodzili z budynku, gdy starsi studenci szukali w nim schronienia. Władze uczelni nie chciały ich wpuścić: „Nie, nie, niech najpierw wyjdą studenci pierwszego roku!”, a studenci krzyczeli: „Ścigają nas!”. Władze nic nie zrozumiały i stały bezczynnie. Na szczęście, nikogo wtedy nie zatrzymano.

2 września przyszli absolwenci i stanęli z plakatami, by wesprzeć studentów. Podjechał furgon i kogoś aresztowano. Szarpałam wtedy za drzwi pojazdu, protestowałam i krzyczałam, próbowałam ich uwolnić. Część z nich później wypuszczono, inni dostali grzywny.

4 września studenci śpiewali piosenki w holu, mieli flagi i plakaty. Byli tam też dziekani i prorektorzy. Nikogo nie rozganiali, ale stali obok i obserwowali sytuację. Nagle wpadł OMON i znowu zgarnął kilka osób.

Poszłam razem ze studentami do sekretariatu rektora. Sekretarka powiedziała, że musimy poczekać. W tym czasie studenci zaczęli dzwonić do znajomych i rodziców, więc wkrótce zebrał się spory tłum. Zaprowadzono nas wszystkich do dużej auli, w której zazwyczaj odbywają się posiedzenia rady uniwersytetu.

Przyszła rektor i oświadczyła, że dzwoniła na komendę: obiecano jej zwolnić wszystkich do czasu rozprawy i przywieźć ich prosto na uczelnię. Tak też się stało. Skończyło się na grzywnach, na które my, wykładowcy, zrobiliśmy nawet zbiórkę.

Wykładowcy dołączyli do protestów?

Tak, następnego dnia postanowiliśmy wyjść razem ze studentami na długiej przerwie. To była akcja wzajemnego wsparcia i wdzięczności. Kilka dni później nagraliśmy apel – chyba jako pierwsza uczelnia. Było nas 22, tekst podzieliliśmy na kwestie. Nagranie opublikowaliśmy 9 września.

Po tym rektor wzywała nas po kolei. Manipulowała: jednym mówiła, że obcokrajowcy przestaną do nas przyjeżdżać przez to, co się tu dzieje, że stracimy źródło dochodu i premie; komuś jeszcze, że będą osobiste problemy; mnie – że studenci przeze mnie będą mieli duże nieprzyjemności. Do każdego podchodziła z innym kluczykiem.  

Grupa była niewielka?

Tak, studentów uczestniczyło niewielu – może 100, no 150 najaktywniejszych. Wykładowców w napisach końcowych apelu było około 140, ale ostatecznie zostało niewielu. Dużo osób było po naszej stronie, ale woleli się nie narażać, byli też tacy, którzy wszystko mieli w głębokim poważaniu.

To owoc tej samej rodzinnej postawy. Rodzice bali się, że ich dzieci zostaną wyrzucone ze studiów lub z akademika. A studenci powielali te wzorce. Pamiętam, jak podczas rozprawy administracyjnej usłyszałam od młodych dziewczyn: „Wcale nie było tak źle w tym Związku Radzieckim”. Przecież ich tam nie było! To są slogany wyniesione z domu. Opowiadałam im wtedy o ówczesnych zakazach, o braku możliwości wyjazdu za granicę, o pustych półkach w sklepach – żeby zrozumiały, jak było naprawdę. To uniwersalna zasada: nonkonformiści zawsze stanowią mniejszość. Na marszach było tak samo. Dla niektórych to było coś w rodzaju zabawy w podchody: uciekanie, chowanie się przed OMON-em. A ktoś po prostu przyszedł zrobić selfie. Nie każdy szedł tam z misją – często była to kwestia masowej fali.

Lepiej powiedzieć prawdę, niż siedzieć jak mysz pod miotłą

A co by było, gdyby wtedy na wolności był na przykład Statkievič?

Może udałoby mu się zmobilizować ludzi do bardziej świadomych i skutecznych działań. Białorusini uważają, że zabrakło wtedy właśnie organizacji, kogoś, kto pociągnąłby za sobą tłumy. Nie wiem. Ja bardzo boję się charyzmatycznych przywódców. To prosta droga do totalitaryzmu. Ludzie poddają się masowej hipnozie. Jak pisał Freud, w tłumie jednostka traci część swoich indywidualnych cech. Dlatego jestem przeciwna takiemu modelowi przywództwa.

Zapytam inaczej: czy obecność charyzmatycznych liderów, takich jak Statkievičб Sieviaryniec czy Daškievič, nie mogłaby, paradoksalnie, zniszczyć masowego charakteru protestów? Ludzie mogliby zobaczyć w tym upolitycznione wezwanie do rewolucji?

Odwrotny skutek? Niewykluczone. Trudno powiedzieć. Podam przykład: w 2015 r. Statkievič nawoływał do bojkotu wyborów. Wielu ludzi, nawet przeciwnych władzy, i tak poszło i zagłosowało. Mówili: „No jak to, przecież muszę oddać głos, to mój obywatelski obowiązek”. Chociaż celem bojkotu było pokazanie pustych lokali i obnażenie fałszerstwa. Życie pokazało, że to niemożliwe. Służby mundurowe, budżetówka, nauczyciele – wszystkich ich zmuszano do głosowania, karuzelą wożono po komisjach wyborczych. Dlatego nawet słuszna idea mogła rozbić się o mur rzeczywistości. Tak samo jest z rokiem 2020 – nie wiadomo, jak wpłynąłby powrót wyrazistych liderów.

Co skłoniło panią do dołączenia do Rady Koordynacyjnej?

Po strajku i zwolnieniu zostałam zatrzymana i odsiedziałam 14 dni. Kiedy wyszłam, zaproponowano mi dołączenie do głównego składu Rady. W jej poszerzonym gronie już byłam – wystarczyło złożyć wniosek. Zaproponowano mi pracę w grupie ds. edukacji, która miała opracować reformę systemu oświaty, abyśmy byli gotowi, gdyby władza nagle się zmieniła.

Poprosiłam o kilka dni do namysłu. Miałam wątpliwości: po pierwsze, czy się przydam, skoro całe życie trzymałam się z dala od polityki. Po drugie, bałam się. Ostatecznie się zgodziłam.

Zaczęły się spotkania i praca w grupach. A potem – przesłuchania w Komitecie Śledczym w sprawie Cichanoŭskiej. Stawało się jasne, że to początek polowania na czarownice, że wszczynane są sprawy karne, a nasza praca staje się nieaktualna. Dalej dyskutowaliśmy, ale jaki pożytek z samych oświadczeń i publicznych apeli?

A jak poradziła sobie pani ze strachem po wyjściu z aresztu?

Kiedy wyszłam po 14 dniach, rodzina błagała mnie, żebym przez jakiś czas nie wracała do domu. Odmówiłam. Chociaż strach był paraliżujący, nawet płakałam – tak bardzo bałam się, że znowu po mnie przyjdą. Jednak po kilku dniach to uczucie minęło i wróciłam do normalnego życia. Od tamtej pory już się nie boję.

Weszła pani do smoczej paszczy ze względu na…

Wychowanie i charakter. Lepiej powiedzieć prawdę, niż siedzieć jak mysz pod miotłą. Tchórzostwo postrzegam jako zdradę samej siebie. Czyste sumienie jest dla mnie cenniejsze niż spokój i bezpieczeństwo.

A co dał pani pobyt w więzieniu?

Najważniejszy wywód: i na Marsie jest życie. Nawet w więzieniu można pozostać sobą. Zewnętrzne ograniczenia nie pozbawiają wewnętrznej wolności. W głębi siebie można czuć wolność, nawet jeśli na zewnątrz musisz się podporządkować. Pewnego razu nawet powiedziałam strażnikowi: „Jesteśmy przecież wolniejsi od was”. On odpowiedział: „Ale jak to? Ja przecież mogę po pracy pójść na piwo”. No, takie właśnie rozumienie wolności.

Siedziałam w Wołodarce. Atmosfera stosunkowo łagodna, czytałam całymi dniami. Czasem się wykłócałam, składałam zażalenia, czegoś się domagałam, choć rozumiałam: tutaj nie możesz o sobie decydować, trzeba się dostosować. Ale nie dawałam sobą pomiatać. I potem, w kolonii, tak samo.

Zaczęła tam pani rysować i pisać. To była forma ocalenia siebie?

Obserwowałam ich zachowanie i przenosiłam to na papier. Potem zaczęłam rysować sceny z naszego życia, ale zamiast ludzi pojawiały się na nich koty. Koty w stołówce, przy sprzątaniu, w bibliotece. Pokazywałam te rysunki innym i bardzo im się podobały. Mówiły: „O, skądś to znam”. Rysunki wysyłałam w listach do rodziny. To był sposób, by opowiedzieć o życiu w kolonii tak, aby ominąć cenzurę. Sposób na przepracowanie tego doświadczenia, na wyrzucenie go z siebie.

Wspominała pani, że pisze książkę. O czym?

To nie jest klasyczna opowieść. To raczej moje spojrzenie na życie przez pryzmat tych rysunków, przez koty. Będą one i w więzieniu, i na wolności – w parku, w kawiarni, na koncercie rockowym czy w supermarkecie. Nie będzie to „dziennik więzienny” – czegoś takiego nie dałoby się ani wysłać w liście, ani wynieść na wolność. To po prostu szkice zza krat i jednocześnie wspominanie wolności.

Na przykład, narysowałam z pamięci kilka scen z filmu „Pół żartem, pół serio”. Nazwałam je „W jazzie tylko kotki”*. Odtwarzałam fabułę bez dostępu do internetu, z pamięci. Czasem prosiłam inne dziewczyny o pomoc przy detalach: jak wygląda saksofon, jak narysować rower?

*nawiązanie do rosyjskiego tytułu filmu Billy’ego „Wildera Some Like It Hot” (1959), znanego tam jako „W jazzie tylko dziewczyny” (В джазе только девушки).

Nie wolno iść po wolność, jeśli trzeba przy tym podeptać siebie

Odmówiła pani napisania prośby o ułaskawienie. To kwestia godności?

Jak można prosić o łaskę człowieka, który jest przestępcą? Przecież musiałabym przyznać się do winy i okazać skruchę. To dla mnie nie możliwe! Tak, niektórzy mówili: „Podpisz papierek – i jesteś na wolności”. Ale wolność to wewnętrzna uczciwość. Czytaliśmy Sołżenicyna, Rybakowa, znamy cenę kompromisu. Nie, wewnętrzna wolność jest cenniejsza.

Podeszłam do tego radykalnie: nie można deptać własnej godności, nawet jeśli oznaczałoby to koniec niewoli.  Wolność wewnętrzna jest dla mnie cenniejsza niż zewnętrzna. 

A czy potępia pani tych, którzy się na to zgodzili?

Nie. Nikogo nie oskarżam o małoduszność. Rozumiem motywacje innych ludzi. To domyślna opcja. Nie czuję rozczarowania – zbyt wiele w życiu widziałam, żeby to mnie dziwiło.

A czy te doświadczenia nie domagają się głębszej refleksji? Może w kolejnej książce, tym razem bez kotów, a z ludźmi, z próbą zrozumienia ich zachowań, decyzji? I swoich własnych…

Tak, jest nad czym się zastanowić, co wspominać. Zaczynając od roku 2020, ale z odniesieniami do wcześniejszych wydarzeń. Byłam zatrzymywana sześć razy – od ostrzeżenia we wrześniu 2020 aż po sprawę karną. Każde z tych zatrzymań to unikalne doświadczenie, ciekawe sytuacje, konkretni ludzie. Cenny dar życia.

Danajski!

Trudno się nie zgodzić… Ale proszę spojrzeć: ktoś zwiedził cały świat, a ja przeszłam przez więzienie. Przecież to też jest kawał życia! Dało mi to bardzo dużo. Może warto o tym opowiedzieć – nie dla patosu, ale by podzielić się osobistym doświadczeniem i tym, co jest dla mnie ważne. Chcę utrwalić swoją historię. To trochę jak w pociągu, kiedy ludzie nagle zaczynają się przed sobą otwierać, rozumie pan? To potrzeba podzielenia się tym, co się przeżyło.

Rozumiem, wszyscy wierzymy, że kiedyś wrócimy do domu. Proszę powiedzieć, co przywiezie pani z powrotem do Białorusi? Wiedzę, wiarę, nowe barwy doświadczeń? Co będzie dla pani najważniejsze, gdy przekroczy pani próg?

Wie pan, nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zmieniamy się, życie nas zmienia. Może istota pozostaje ta sama, ale doświadczenie jest już inne. Wrócę więc z bagażem swoich życiowych doświadczeń. Najważniejsze jest dla mnie, by żyć normalnie. Uczciwie, bezkompromisowo, nie być konformistką. Pracować, budować dom – dosłownie i w przenośni.

Gdy mnie deportowano, bardzo to przeżywałam. A potem mama powiedziała: „Jak dobrze, że jesteś już bezpieczna! Wreszcie czuję spokój, po tych wszystkich przejściach”. I zrozumiałam: to, że mnie tu „wyrzucono”, ma swoje dobre strony – moi bliscy mogli w końcu odetchnąć. A to znaczy, że trzeba żyć dalej. W nowym miejscu uwić sobie nowe gniazdo.

Teraz mój dom jest tutaj. Kiedy wrócę, mój dom znów będzie tam. Jednak ten prawdziwy dom jest zawsze we mnie. Ważne, żeby Białoruś, do której wrócę, znowu stała się ojczystym domem. Bez patosu, bez traumy.

Ale wyjście na wolność i deportacja były dla pani bardzo bolesnym doświadczeniem. Jak pani to odbiera?

To „uwolnienie” było dla mnie bardziej bolesne niż sam areszt z „ryjem na glebie”. To nie jest wolność, tylko druga kara. Najpierw wyrok, a potem wygnanie.

Pamiętam, jak ludzie mi uprzejmie gratulowali: „Cieszymy się, że jest pani na wolności”. Nie rozumieli, że to nie jest żadna wolność. I dopiero gdy Statkievič wykonał swój wstrząsający gest, wielu wreszcie pojęło, że nie chodzi o formalne „wypuszczenie”, ale o to, czym jest dla ciebie prawdziwa wolność.

To, co z nami zrobiono, to nie jest nawet kompromis – to kpina.

Jednak skoro już tu jestem, będę układać swoje życie na nowo. Mój dom jest tam, gdzie ja jestem


Projekt został dofinansowany przez Fundację Solidarności Międzynarodowej w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.